-

jolanta-gancarz

Próżno wierzgać przeciw ościeniowi, czyli o pewnym Hiacyncie Ksawerym... Toyahowi i Valserowi

W związku z toczącą się od kilku dni na blogu Toyaha (i nie tylko) dyskusją "o wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia", postanowiłam trochę przewrotnie i żartobliwie, jako głos w sporze wykorzystać mój debiut z "papierowej" SN. Ponieważ tekst jest długi, podzieliłam go na dwie części. Voila!

                                                                                                                       ******

Bardzo pouczające bywają wspomnienia, zwłaszcza, gdy piszą je tacy ludzie, jak Karol Estreicher: człowiek - instytucja i żywa legenda, nie tylko w rodzinnym Krakowie. Wśród wielu barwnych opowieści z dzieciństwa i młodości, pozostawił też taką historię.

Si non e vero, e ben trovato...

- Ojciec Karola, Stanisław Estreicher, słynny badacz dawnego prawa polskiego, profesor uniwersytetu, odnalazł w Bibliotece Jagiellońskiej XIV-wieczny palimpsest„Zwierciadła saskiego”, który wymagał dokładnego skopiowania dla wykonania reprodukcji litograficznej, ale nie można tego było zrobić przy pomocy fotografii. Potrzebny był zdolny i pracowity kopista – rysownik i takiego polecił spośród swoich uczniów Juliusz Mehoffer. Obiecał przysłać go do domu Estreicherów, bo tam praca miała być wykonywana.

Uprzedził tylko, by nie dawać mu żadnych zaliczek...

Wkrótce zjawił się w mieszkaniu na ul. Kremerowskiej „młodzian rosły, z rudą czupryną, w czarnej aksamitnej marynarce, z kolorową chustką na szyi i (...) ryknął donośnie...

- Kuczaba jestem, Hiacynt Ksawery, artysta malarz...”

Od razu na wstępie tubalnym głosem, który był jego wyróżnikiem, skrytykował Mehoffera, chociaż to dzięki niemu miał okazję dorobić sobie trochę grosza:

- „Co on tam się zna na sztuce. Pacykarz stara szkoła.”

Był bowiem pan Kuczaba wyznawcą nowych prądów w sztuce, a zrazem człowiekiem bezkompromisowym, a nawet obcesowym, jeśli chodziło o ocenę malarstwa tradycyjnego czyli realistycznego i nigdy nie tracił okazji, żeby się swoją opinią podzielić ze słuchaczami.

Rysownikiem okazał się jednak zdolnym i wzorowo wykonał zadanie.

Nie obyło się wszakże bez opóźnienia, ponieważ Kuczaba, wbrew ostrzeżeniom Mehoffera, został obdarzony zadatkiem „na kalki i ołówki”, więc przez tydzień nie pojawiał się w pracy.

Kiedy wreszcie przyszedł, miał nos rozbity, głos schrypnięty i wyraźne ślady „zmęczenia” na twarzy. Zaczął też od wyrównania niedoboru snu, czyli rozłożywszy pergaminy, kalki i ołówki na wielkim stole w bibliotece Stanisława Estreichera, przyłożył do nich zmęczoną głowę i głośno zachrapał...

Stało się to początkiem bliższej znajomości dzieci Estreicherów (zwabionych do biblioteki dziwnymi dźwiękami) z Hiacyntem Ksawerym, który odtąd nie mógł się opędzić od ich towarzystwa przy kopiowaniu, a od czasu do czasu dawał się nawet uprosić o jakiś rysunek.

Praca była trudna, bo ze starego pergaminu ktoś po stu latach wydrapał zbiór nieużywanych już praw i wpisał w to miejsce „Logikę” Arystotelesa”[1], ale panu Kuczabie udało się mozolnie odtworzyć pierwotny tekst i po tygodniu robota była skończona.

Znajomość z rodziną Estreicherów przetrwała jednak długie lata...

Był bowiem Hiacynt Ksawery postacią nietuzinkową.

Pochodził z podkrakowskiej wsi Grzymkowice, która była dla niego najpiękniejszym miejscem na ziemi.

Swój awans i możliwość kształcenia zawdzięczał miejscowemu lekarzowi, doktorowi Buzdyganowi, który wysłał go na naukę do seminarium nauczycielskiego w Krakowie, a gdy wychowanek zamiast uczyć się na belfra wolał malować, zgodził się na jego wstąpienie do Akademii Sztuk Pięknych i załatwił nawet stypendium Wydziału Krajowego.

Okres I wojny światowej spędził Kuczaba na różnych frontach, ale przeżył jakoś i szczęśliwie powrócił do Krakowa, gdzie tymczasem szalała rewolucja artystyczna.

Ludzie tacy jak Pronaszko, Chwistek, Czyżewski, Jasieński, Witkacy, Młodożeniec walczyli ze wszystkim, co dotąd w sztuce czy literaturze było święte. Futuryzm, formizm, awangarda – to słowa, które ze zgrozą powtarzano sobie w szacownym gronie starej krakowskiej inteligencji.

Tymczasem młodzież artystyczna po kawiarniach toczyła gorące spory ideowe, dowodząc rychłego zwycięstwa czystej formy nad sztuką przedstawiającą...

A wszędzie najgłośniej było słychać potężny bas Kuczaby, który malował coraz mniej, ale za to gdzie mógł, tam zajmował się apostolstwem nowej sztuki, rej wodząc wśród młodzieży.

Był to gorący okres lat dwudziestych, gdzie spory polityczne przeplatały się ze sporami artystycznymi, a siła argumentów ustępowała często argumentowi siły...

W konserwatywnym dotąd Krakowie toczyły się prawdziwe wojny malarskie i bunty studentów Akademii Sztuk Pięknych, które przeradzały się w wiece i manifestacje uliczne.

Tak pisze o tym Karol Estreicher:

„Kwatera główna rebeliantów znajdowała się z reguły >na górce< u Michalika.[2] Wojna zawsze szła o >nową sztukę<: o akademizm za Rodakowskiego, o plener za rektoratu Fałata, o symbolizm za Mehoffera, o formizm za Bohusza, o koloryt za Pautscha, a kierowała się przeciwko Towarzystwu Sztuk Pięknych, które zaśniedziałe i zardzewiałe , domagało się reformy, kończyła zaś na Muzeum Narodowym i skupiała ostatecznie na dyrektorze Feliksie Koperze, bo on winien był kupować każdy obraz, który zalecą malarze jako godny przekazania pokoleniom.”

Tak więc sztuka sztuką, ale kasa przede wszystkim...

Niektóre formy nacisku na krakowską opinię publiczną, a poprzez nią na biednego Koperę i prywatnych nabywców, były całkiem malownicze...

Ulicami Krakowa ciągnęły więc pochody ubranych w kitle malarskie pryszczatych młodzieńców i dziewcząt, zgrupowanych w jakieś Gontyny, Żertwy, Korabie, Krokwie czy inne Wsporniki albo zrzeszenia o nazwach dłuższych niż ilość osób idących za wielkimi transparentami z napisem: Zawodowe Zrzeszenie Artystów Malarzy i Rzeźbiarzy, albo: Z. Z. A. P’u, D. R. A. P’ u, czy K. A. M’u...

Dalej, jak złośliwie pisze Estreicher: „kroczyli indywidualiści jako >niezależni młodzi< z Józefem Naimskim, weteranem z 63 roku na czele...”, po nich skłóceni z futurystami formiści, a na końcu zwalczający wszystkich futuryści.

Ponoć informatorzy policyjni donosili, że w pracowni niejakiego Kuczaby przygotowywano „rewolucyjne transparenty z antypaństwowymi napisami”.

Największa wojna o sztukę wybuchła, kiedy w Muzeum Narodowym w Sukiennicach otwarto wystawę malarstwa Jana Matejki. Zbiegło się to z otwarciem w lokalu po zbankrutowanej firmie Gruenziga wystawy obrazów futurystów, którzy liczyli na zaszokowanie i wstrząśnięcie krakowskiej publiczności.

Niestety, efekt był mizerny, bo wynajęta sala znajdowała się poza obrębem Plant, czyli dla Krakusa niemal na wsi, a w „historycznym Krakowie” oprócz wystawy Matejki otwarto w tym samym dniu także doroczną wystawę Sztuki TPSP, oraz wystawę obrazów Vlastimila Hoffmana i Ludwika Puszeta w Związku Plastyków.

Wściekłość „niezależnych futurystów” nie miała więc granic, a najgłośniej gardłował oczywiście Hiacynt Ksawery Kuczaba:

„- Koledzy! Malarscy proletariusze! Zwolennicy sztuki czystej! Reakcjoniści malarscy, zaśmierdli kiczarze i pacykarze spod znaku Matejki, sprzysięgli się przeciw nam. Ostatnia niedziela to był dowód, że jeśli nie przystąpimy do Czynu w imię uzdrowienia naszych stosunków artystycznych, sztuka zginie, a zostanie panoptikum!...”

Trzy dni trwały już w mieście demonstracje i wiece, a zbiegło się to z konfliktem personalnym w samej Akademii, w związku z obsadą jednego ze stanowisk profesorskich, co dało młodzieży wsparcie niektórych odrzuconych kandydatów na to miejsce.

Czwartego dnia uformował się wielki pochód wszelkiej awangardy z transparentami przygotowanymi w pracowni Kuczaby (Estreicher podaje numery akt policyjnych, gdzie ten fakt odnotowano: 2471 B/A. k./V. L-2: ściśle tajne, zastrzeżone dla samego P. Ministra S. W.).

Na czele pochodu dźwigano wielką kukłę, z brzuchem przeciętym piłą i napisem „Tępa piła SZTUKI na brzuchu współczesności. Dalej szli buntownicy z mniejszymi lalkami, symbolizującymi znanych krakowskich malarzy, a za nimi niesiono wielkie transparenty: „Futuryzm Przyszłością Świata” , „Precz z Muzeami”, „Spalić Wawel”, „Nie chcemy zabytków – Chcemy sztuki czystej” i dziesiątki innych, równie obrazoburczych.

Najoryginalniej prezentowała się grupa kuczabistów, którzy nieśli skopiowane przez samego Kuczabę najsłynniejsze obrazy Matejki, podarte, poplamione, podziurawione, powiewające na drągach jak szmaty, a o ich właściwym przeznaczeniu informował wielki transparent z napisem: „Na szmaty! Na szmaty!”

Kopie były tak doskonałe, że niejeden krakowianin przerażony pobiegł do Muzeum Narodowego sprawdzić, czy dzieła mistrza Jana jeszcze tam wiszą. Powszechne oburzenie odnotowały wszystkie krakowskie dzienniki, a jeden z nich (Nowy Dziennik[3]) napisał: „nie niesiono co prawda napisów antysemickich, ale mogło się to zdarzyć łatwo”. Jak widać bat antysemityzmu już wtedy bywał używany wobec przeciwników w sporze...

Sprawa dotarła też do Rady Miejskiej, powodując awantury z socjalistami. Ponoć nawet takie tuzy socjalizmu, jak Drobner i Daszyński zwołali swoje wiece, a u Michalika młodzi narodowcy obsadzili wszystkie stoliki, strasząc nielicznych gości o semickim wyglądzie... Wszędzie wrzało. W spokojnym dotąd mieście zapanowała niemal wojenna atmosfera, aż dyrektor policji Styczeń postanowił uspokoić nastroje, zapowiadając sprowadzenie z Budapesztu słynnej drużyny piłkarskiej Faren Farossy, która miała rozegrać sensacyjny mecz z drużyną Cracovii...

Wydawało się że wszystko przycichło. Jedynie Kuczaba był niepocieszony, zwłaszcza że nie tylko wystawa niezależnych futurystów zrobiła klapę, ale i nazwisko Hiacynta Ksawerego z jakiegoś powodu nie pojawiło się w prasie wśród najzaciętszych wrogów matejkizmu. Z tym większym zapałem perrorował więc w Jamie Michalika, ziejąc nienawiścią do biednego mistrza Jana i całej jego twórczości.

Niestety, słuchaczy i zwolenników jakoś ubywało, aż wśród kuczabistów nastąpił rozłam. Na czoło wysunął się odłam radykalny, tzw. plackistów. Byli to wyznawcy Bogumiła Placka, pochodzącego z łódzkiej rodziny bankierskiej, który po powrocie z Paryża popisywał się stosowaniem nieznanych dotąd pojęć i zwrotów, epatując zachwyconą młodzież. Zamiast pomstowań i wrzasków Kuczaby stosował złośliwą krytykę.

Jak pisze Estreicher: „o malarstwie polskim (...) milczał z wyższością człowieka, który wiedział dużo, a widział jeszcze więcej. O Matejce, zapytany raz jeden, powiedział krótko: - To nie jest malarstwo.”

Przy tym był bogaty, przystojny, wpuszczany na salony, rzucający swobodnie nazwiskami Cocteau, Apollinaire’a czy Prousta, no i rzecz jasna zwolennik komunizmu. Jego obrazów wprawdzie nikt nie widział, ale dzięki odpowiednim stosunkom TPSP urządziło w jednej z sal indywidualną wystawę Placka. Pokazał na niej kilkanaście obrazów, namalowanych na poczekaniu (m. in. koło i dwa półkola zatytułowane „Akt”) i kilka rzeźb, powstałych w pośpiechu (skręcone stare druty z parasola oraz dwie puszki konserw). Młodzież była zachwycona, ale Kuczaba znów grzmiał, niezadowolony: „- Abstrakcjonizm Placka nie jest podejściem malarskim, bo nie stwarza wizji, a tym samym nie jest abstrakcjonizmem.”

Spór teoretyczny przerodził się w otwarty konflikt (z pewną modelką w tle, którą Kuczaba odkrył, ale Plack „na pejzaż” zabrał) i wkrótce grupa plackistów również rozpadła się. Plack wrócił do Paryża, krytykując „nieartystyczną atmosferę w Krakowie”, a po pięciu latach objął rodzinną firmę w Łodzi i założył jej filię w Gdyni, zarzucając zainteresowanie sztuką.

Tymczasem Kuczaba nie ustawał w głoszeniu ideałów nowej sztuki, wykłócał się, przekonywał... Coraz częściej wyjeżdżał też do rodzinnych Grzymkowic k. Słomnik „na pejzaże”, ale obrazów żadnych nie przywoził... A kiedy Karol Estreicher odwiedził mistrza Hiacynta w jego wsi, zdziwił się przemianie, jaka dokonała się w sposobie bycia malarza:

Nie był to ten Kuczaba wojowniczy, krzykliwy, demonstracyjny, którego przywykłem widywać. Był to raczej sentymentalny wieśniak, którego życie wiejskie coraz bardziej ciągnęło, a drobne sprawy rodzinnej osady gorąco obchodziły.”

Szczególną dumą napawał zdeklarowanego antyklerykała stary, drewniany kościółek grzymkowicki, którego dzieje były równie burzliwe, jak charakter Hiacynta Ksawerego...

Była to raczej kaplica, niż kościół, nad którą opiekę sprawowała kapituła krakowska, ale po rozbiorach, kiedy tereny na północ od Krakowa znalazły się w zaborze rosyjskim, opieka przeszła na proboszcza ze Słomnik i tak już zostało po odzyskaniu niepodległości, co bardzo bolało Kuczabę i stało się powodem uknutej przez niego intrygi...

Wróćmy jednak do samego kościółka.

Jego dzieje sięgają drugiej połowy XVII wieku i wiążą się z historią tyleż romantyczną co świętokradczą.

- Jest mroźna grudniowa noc 1661 roku. W księżycowej poświacie skrzą się ośnieżone pola. Wszędzie cisza i spokój

Nagle do klauzurowego klasztoru sióstr norbertanek w podkrakowskich Imbramowicach[4] wdzierają się kozacy pod wodzą młodego porucznika husarskiego, Jacka Kossakowskiego... Drogę zastępuje im sędziwa 95-letnia ksieni, Tarłówna, z pastorałem w dłoni, wzywając do opamiętania i opuszczenia klauzury. Nic sobie z tego nie robią najeźdźcy, bo grzeszne uczucie całkowicie zaślepiło ich dowódcę. Przybył on, aby porwać z klasztoru swoją ukochaną, Różę Lasocką, która nie chcąc wyjść za mąż za człowieka nie kochanego, a nie mogąc poślubić ukochanego Jacka, z rozkazu ojca przywdziała habit zakonny.

Słaby opór ksieni nie odnosi skutku i panna Lasocka jeszcze tej nocy w jednej z chat w Grzymkowicach staje się w pełni ślubną żoną pana Kossakowskiego...

Nic na to nie może poradzić jej ojciec, podkomorzy Kazimierz Lasocki, choć wnosi sprawy przed różne trybunały, zwłaszcza że za młodym małżonkiem opowiadają się Lubomirscy.

A jednak na szczęściu małżonków kładzie się cieniem los ksieni Tarłówny, która ciężką chorobą i wkrótce śmiercią przypłaciła hańbę nocnego zajazdu.

Próżno też czeka pan Jacek Kossakowski na potomka... Pan Bóg widać zagniewany, nie chce pobłogosławić małżonków dziećmi. Wreszcie, za radą spowiednika, postanawiają kupić Grzymkowice , a w miejscu chałupy, gdzie wzięli ślub i dopełnili małżeństwa, wystawić kościół.

W zamierzeniach fundatorów miał on być znacznie większy, ale poradzono im, aby zamiast tego przeznaczyli 5000 czerwonych złotych dla kapituły krakowskiej na nieustanną opiekę nad kościółkiem.

Wobec szczerego żalu, ulitował się wreszcie Pan Bóg nad pokutującymi małżonkami i nie upłynął jeszcze rok od czasu fundacji, a pani Róża urodziła zdrowego chłopca, który nie tylko ród podtrzymał, ale i chwałą wielką w potrzebie wiedeńskiej się okrył.

Kościółek w Grzymkowicach zaś, choć niezbyt okazały, był za to piękny i stylowy. Wzniesiony z belek drewnianych, szalowany deskami, kryty gontem, z okapami, które ściany przed deszczem chroniły, stał w otoczeniu potężnych lip. Nie posiadał wieży, tylko małą sygnaturkę na dachu. Okna były niewielkie, wejście jedno, przez nawę, a zamiast zakrystii komora, więc ksiądz przez tłum musiał się do prezbiterium przeciskać, ale wyposażenie było jak na ubogą wieś wcale bogate, bo kapituła krakowska dobrze wywiązywała się z fundacyjnych powinności.

Dwa razy do roku przybywali z Krakowa księża dla wyspowiadania mieszkańców niewielkiej osady i odprawiali w kościółku nabożeństwa. W zamian za to chłopi grzymkowscy dostarczali kapitule co roku dwie fury węgla drzewnego do opalania włoskich piecyków w katedrze wawelskiej.

A kiedy słynny biskup Kazimierz Łubieński w początkach XVIII wieku prowadził wielką przebudowę katedry wawelskiej, zastępując część średniowiecznego wystroju barokowymi rzeźbami i ołtarzami, wiele podkrakowskich parafii (m. in. Luborzyca, Zator, Paczółtowice, Zielonki) zostało hojnie wyposażone w gotyckie ołtarze, figury, konfesjonały, obrazy, lichtarze, a także sprzęty liturgiczne.

Pewnej jesieni wróciły do Grzymkowic wozy węglowe załadowane starymi katedralnymi sprzętami, wśród których była też wielka srebrna monstrancja, ciężka i niekształtna, jakieś meble i kilkanaście ornatów ruskiego, jak myśleli miejscowi, kroju.

Tak wnętrze kościółka w Grzymkowicach w początku lat 20-tych XX w. opisuje Karol Estreicher:

Ciemno było w kościółku, gdy wszedłeś do niego. Okna małe i lip gałęzie sączyły światło skąpo. W głębi stał ołtarz św. Jacka, patrona fundatora, (...) w ołtarzu obraz malowany we Włoszech, w Bolonii, podczas jego kanonizacji, przywieziony do katedry krakowskiej przez kardynała Radziwiłła(...)

Po prawej ręce od ołtarza stał tron biskupi (...), karło przedziwnego kształtu, na krzyżownicy nóg zakończonych lwimi łapami. (...) Kiedyś w katedrze krakowskiej służył w czasach pierwszych Piastów za tron, na którym zasiadał monarcha, gdy obdarzał inwestyturą biskupa.

Na ścianach bocznych dwa tylko były ołtarze: świętej Barbary, patronki górników, z użycia wyszły, gdy do kopalni olkuskich przestali się najmować chłopi grzymkowscy, i św. Izydora Oracza w sukmanie krakowskiej. Pierwszy ołtarz był tryptykiem z herbem Wieniawy i dla katedry fundował go Długosz, drugi w 1795 był postawiony przez Anzelma Wciórę z wdzięczności za uratowanie życia pod Racławicami.

(...) Po lewej stronie ołtarza, w komorze dobrze zamkniętej brązową antabą w kształcie lwiej paszczy, resztką pierwszych drzwi katedry, wisiały trzy ornaty (...)andegaweńskie, dzwonowatym kształtem krojone i haftowane ręką (królowej) Jadwigi...

Na półce stały dwa gotyckie kielichy i monstrancja złocista z puszką na Sakrament w kształcie szklenicy, (...) którą zdobył Jagiełło we wozach Wielkiego Mistrza.

(...) Młody pan Kossakowski, spod Wiednia w Lubelskie wracając (...) dywan w kościele ojcowej fundacji zostawił.

(...) Ławy, konfesjonały, skrzynie, nawet organki małe pokojowe po królowej Marii Ludwice, wszystko to pochodziło z katedry krakowskiej (...).

A aby żadnego z wieków nie brakło wśród tych darów i przedmiotów królewskich, i wiek XIX dorzucił (...) osobliwe wotum króla, króla malarstwa polskiego (...), obraz przedstawiający porwanie mniszki z klasztoru(...).

Tak kościółek grzymkowski otrzymał istny skarb pamiątek. Skupiły się w jego jednonawowej przestrzeni obrazy sztuk i rzemiosł wszystkich stuleci, ukryły się przed oczami znawców, historyków, konserwatorów i inwentaryzatorów, a co ważniejsze, przed oczyma antykwarzy i kolekcjonerów, którzy by każdy z tych przedmiotów wywieźli w świat na wielkie rynki zbytu.”

Poświęćmy teraz trochę miejsca wspomnianemu przez Estreichera obrazowi Jana Matejki, który w potężnej złotej ramie, pełnej wspaniałych esów floresów, zawisł w prezbiterium obok ołtarza głównego, w otoczeniu licznych wotów ofiarowanych św. Jackowi przez stulecia za wstawiennictwo w rozwiązywaniu wszelkich problemów małżeńskich.

Złośliwi twierdzili, że takim wotum (albo ofiarą, która miała wyjednać wstawiennictwo św. Jacka) był też obraz mistrza Jana, mającego od pewnego czasu problemy z różnymi maniami i dziwactwami swojej chorej żony. Coś w tych plotkach musiało być z prawdy, bo obraz pierwotnie przeznaczony na wystawę w 1885 r. nigdy się tam nie znalazł, tylko zawisł pewnego dnia na ścianie grzymkowskiego kościółka.

Przedstawiał on scenę nocnego uprowadzenia panny Róży Lasockiej z imbramowickiego klasztoru. Do postaci ksieni Tarłówny pozowała sama pani hrabina Adamowa Potocka z Krzeszowic, a wszelkie szczegóły historyczne były odtworzone po mistrzowsku. Najwspanialsze ponoć było jednak światło, przełamujące mroki nocy i podkreślające grozę przedstawionych wydarzeń.

Tak opisuje to Karol Estreicher:

(...) co było najwspanialsze w tym dziele (...), to światło i blask pochodni, co świecił na zbrojach czerwienią, pastorał ksieni zamieniając w słup ognia, a twarzom kozaków nadając diabelski wyraz. W głębi obrazu, gdzie przez siodło z wyciągniętymi rękami rzucona była mniszka, już nie purpura ognia oświetlała postaci, ale promień księżyca, który padał na twarz husarza czule uśmiechniętego do swej zdobyczy. Te dwa kontrasty skupiać na sobie musiały uwagę, a odciągnąć od postaci kozaków, służby, mniszek, chłopów wypełniających wszystkie wolne miejsca wedle temperamentu malarza, który powietrza wolnego nie znosił, wbrew paryskim czy monachijskim receptom.”

Obecność tego obrazu na ścianie prezbiterium wyjątkowo drażniła naszego bohatera. Pan Kuczaba bowiem coraz częściej bywał w rodzinnych Grzymkowicach i coraz bardziej żył ich problemami, ucząc chłopskie dzieci rysunku, a w karczmie szukając wdzięcznych słuchaczy dla swoich obrazoburczych poglądów. Cierpiał też ogromnie z powodu „zbezczeszczenia” wspaniałego wnętrza starego kościółka „matejkowskim kiczem”, wszem i wobec wyrażając swoje głębokie oburzenie: - „Zepsuł cały kościół tym płótniskiem, wprowadził w czar prymitywu wieków bombastykę historycznego panoptikum.”

c.d.n.

 

[1] Swoją drogą mamy tu nie tylko ciekawy temat do rozważań o „drugim życiu” starych pergaminów, ale mocną poszlakę o możliwości fałszowania źródeł, z wykorzystaniem oryginalnych materiałów piśmiennych. Przy dzisiejszej technice badawczej jest to może trudniejsze (zwłaszcza odtworzenie właściwego dla epoki składu atramentu), ale dla chcącego, a zdeterminowanego? Cóż...

[2] Słynna od czasów Młodej Polski kawiarnia przy ul. Floriańskiej w Krakowie. Pełna nazwa: Jama Michalika

[3] Polskojęzyczna gazeta żydowska, wychodząca w Krakowie w latach 1918 - 1939

[4] Jeden z dwóch nadal istniejących w Polsce klasztorów norbertanek (oprócz tego na krakowskim Salwatorze), obecnie w diecezji kieleckiej



tagi: jan matejko  estreicher  grzymkowice  sztuka nowoczesna 

jolanta-gancarz
27 marca 2018 21:30
28     2138    16 zaloguj sie by polubić
komentarze:
stanislaw-orda @jolanta-gancarz
27 marca 2018 22:08

Przepiękny tekst

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @jolanta-gancarz
27 marca 2018 22:08

Przepiękny tekst

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @stanislaw-orda 27 marca 2018 22:08
27 marca 2018 22:12

Dziękuję. Zapraszam jutro na ciąg dalszy. Suspens gwarantowany;-)

zaloguj się by móc komentować

tadman @jolanta-gancarz
27 marca 2018 22:26

No i jest różnica. Hiacynt Ksawery spłonął w swojej rodzinnej miejscowości ratując z kapliczki obraz Matejki, tym samym dając Tropicielowi asumpt do napisania bardzo zgrabnej historyjki. Natomiast Jack Nicholson niby zwariował w górach w opuszczonym hotelu zimą, co było przewidziane scenariuszem filmu Kubricka. Bardziej dająca do myślenia jest historia opisana przez Tropiciela, bo dobry Pan Bóg pozwolił Hiacyntowi uratować to, czego nie poważał za życia. Ciekawe, czy ktoś zdecydowałby się wynieść z płomieni skwierczące tasmy Lśnienia?

zaloguj się by móc komentować

Paris @jolanta-gancarz
27 marca 2018 22:44

Super  plus  !!!

zaloguj się by móc komentować

valser @jolanta-gancarz
27 marca 2018 23:12

Taaa... rozmarzylem sie. W szarpaninie z Toyahem brakuje juz tylko "modelki w tle". Zaliczki zostaly wydane. 

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @tadman 27 marca 2018 22:26
27 marca 2018 23:13

No i zepsuł mi Pan suspens! Ale wybaczam, bo to znaczy, że czytał Pan tekst "papierowy";-))). A z konkluzją się zgadzam.

zaloguj się by móc komentować



jolanta-gancarz @valser 27 marca 2018 23:12
27 marca 2018 23:16

Modelka jest dzisiaj. A jutro będzie trium Valsera. Zapraszam na ciąg dalszy, chociaż Tadman już zaspojlerował notkę;-(((

zaloguj się by móc komentować

valser @jolanta-gancarz
27 marca 2018 23:17

Tekst jest z ktorejs Szkoly Nawigatorow. Publikowanie calosci to blad. Jak kto ciekawy co dalej nich kupi SN. 

zaloguj się by móc komentować

valser @tadman 27 marca 2018 22:26
27 marca 2018 23:20

Ten komentarz mozna "zniknac" w panelu autora. 

zaloguj się by móc komentować

tadman @jolanta-gancarz 27 marca 2018 23:13
27 marca 2018 23:45

Nie było to złośliwe, bo założyłem iż wszyscy regularnie tu pisujący i komentujący docenili już jakiś czas temu tę historię opisaną przez Tropiciela w SN. Można zniknąć mój tekst. ;)

zaloguj się by móc komentować


jolanta-gancarz @valser 27 marca 2018 23:17
28 marca 2018 09:31

Tego numeru już nie ma w sprzedaży (chyba nr 2, lub któryś w pobliżu, w każdym razie jeden z pierwszych). Dlatego, w ramach dyskusji u Toyaha, zdecydowałam się opublikować całość.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @tadman 27 marca 2018 23:45
28 marca 2018 09:32

Wiem, dlatego nie będę usuwać komentarza.

zaloguj się by móc komentować

TRU @jolanta-gancarz
28 marca 2018 10:32

Pani Jolu Pani powie Panom spocznij :)

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @TRU 28 marca 2018 10:32
28 marca 2018 11:50

Będzie dobrze, jak to u chłopaków. Wezmą się za czuby, poszarpią, wytarzają w ziemi, a potem zmęczeni padną sobie w objęcia, próbując się podnieść po walce;-).

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @jolanta-gancarz
28 marca 2018 13:02

Pyszne. Plus.

No i ten szczegół: „Nie był to ten Kuczaba wojowniczy, krzykliwy, demonstracyjny, którego przywykłem widywać. Był to raczej sentymentalny wieśniak, którego życie wiejskie coraz bardziej ciągnęło, a drobne sprawy rodzinnej osady gorąco obchodziły.”

Szczególną dumą napawał zdeklarowanego antyklerykała stary, drewniany kościółek grzymkowicki, którego dzieje były równie burzliwe, jak charakter Hiacynta Ksawerego..."

A to Polska właśnie.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @jolanta-gancarz
28 marca 2018 16:12

Text typu doskonały, marzenie, przypomina wiele. 

Krytyk Matejki jest dużo, ale tacy jak ja wyrastali na nim oraz jemu podobnych, szwędając się po muzeach krakowskich, co było wynikiem wagarów niedzielno-kościelnych i braku pieniędzy na poranek w kinie, no a potem matejkowanie już zostało w głowie i tam już sobie siedzi.

Matejko to był wielki malarz, artysta, a że półczech i mały wzrostem... czy to ma jakieś znaczenie... może ma dla nudziarzy, nie dla mnie.

zaloguj się by móc komentować

valser @jolanta-gancarz 28 marca 2018 09:31
28 marca 2018 19:41

O co chodzi w zyciu, to dowiadujemy sie dopiero w sytuacjach ekstremalnych. Wtedy nie licza sie poglady i opinie, tylko akcja. I tylko z tego mozna wyciagac jakies sensowne konkluzje. Ta historia z Hiacyntem jest pouczajaca w wielu wymiarach.

zaloguj się by móc komentować

TRU @valser 28 marca 2018 19:41
28 marca 2018 20:55

tak jest - takie sprawy dobrze sie poczuje podczas zbitki jakiegoś naprawdę mocnego wydarzenia versus gęganie za pulpitu, dlatego powinno się uważać nie tylko na jakość słów ale RÓWNIEŻ na ilość

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @Magazynier 28 marca 2018 13:02
28 marca 2018 21:05

Dziękuję. To Polska właśnie, ale i Estreicher, więc mi się nagle nowy suspens pojawił! Muszę to jeszcze dokładnie sprawdzić, żeby nie wyszedł falstart. Mam nadzieję, że do jutra nabiorę pewności, a teraz wrzucam dokończenie historii Haicynata Ksawerego (za Karolem Estreicherem).

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @adamo21 28 marca 2018 16:12
28 marca 2018 21:14

Bardzo dziękuję. Właściwie to było streszczenie opowieści Karola Estreichera, która jak to u niego, ma chyba drugie dno. Ale o tym jutro.

A Matejko, choć Czech, to był wielki Polak;-) I my wszyscy,  jakoś tam, z Niego...

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @valser 28 marca 2018 19:41
28 marca 2018 21:26

Tak. Historia z Hiacyntem jest pouczająca w wielu wymiarach. I zaskakująca... Nawet dla mnie dzisiaj! Wygląda, że jest suspens w suspensie. Jutro postaram się napisać więcej, bo muszę jeszcze pewne rzeczy posprawdzać.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @jolanta-gancarz 28 marca 2018 21:14
29 marca 2018 01:31

Nikt, nigdy nie kwestionował polskości Matejki.  Ciekawe dlaczego? 

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @adamo21 29 marca 2018 01:31
29 marca 2018 01:33

Zapomniałam dodać, że to tylko tak sobie, retorycznie zapytowywuję.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @jolanta-gancarz
3 kwietnia 2018 07:24

Bardzo dziękuję Tropicielu za przypomnienie tego fantastycznego tekstu Twojego autorstwa!

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować