-

jolanta-gancarz

Ostatni krzyżowcy

                                       Służmy Chrystusowi i Jego Namiestnikowi; jeżeli będzie

                                                   potrzeba, umrzyjmy za niego bez trwogi, a okażemy się

                                                  godnymi naszej ojczyzny i naszego imienia”

                                               (Motto żuawów papieskich i Białych Krzyżowców Sahary)

Wiosną 1934 r. prasa francuska doniosła, że w wieku 102 lat zmarł w Nancy ostatni żuaw papieski, hr. Ludwik de Courten. Natychmiast zareagował krakowski „Światowid”, który w numerze 16 (662) z 17. 04. 1937 r. przyniósł sensacyjną wiadomość, że informacja prasy zagranicznej jest nieścisła i że ostatni żuaw papieski żyje nadal w Polsce.

Chodziło o 95- letniego Adama Dąbrowa- Morawskiego, urodzonego w Warszawie 1 stycznia 1842 r., pochodzącego ze starego litewskiego rodu i mieszkającego w Marcinkowicach k. Nowego Sącza. Był on także weteranem powstania styczniowego i autorem poczytnych wspomnień z czasów swojej walecznej młodości w służbie Piusa IX  w latach 1865 – 1870, Rycerze Krzyża w XIX i XX wieku... (Lwów 1903).

Zanim trafił w szeregi papieskich żuawów, walczył w Powstaniu Styczniowym, pełniąc kilkakrotnie rolę łącznika między oddziałami, do których należał, a przywódcami w Warszawie.

Brał też udział w bitwie pod Żyrzynem, po której gen. „Kruk” Heydenreich miał mu za dzielność ofiarować odpięty z własnej piersi krzyż Virtuti Militari, złożony w 1871 r. przez Morawskiego jako votum dziękczynne dla Matki Bożej z fary w Przeworsku. Niestety, obecnie nie wiadomo, co się z tym votum stało.

Po klęsce powstania znalazł się na emigracji w Paryżu, skąd na wieść o werbowaniu ochotników do wojska papieskiego, pieszo, przez Alpy, Padwę, Loreto (także pobojowisko pod Castelfidardo), w początkach roku 1865 dotarł do Rzymu.

Przyszły żuaw został przyjęty na audiencji przez Piusa IX, któremu dał do poświęcenia swój ryngraf z Matką Boską Częstochowską i otrzymał osobiste błogosławieństwo.

Następnie udał się do Frascati, gdzie w jednym z pałaców stacjonował batalion żuawów, do którego został przydzielony. Tak opisuje salę w koszarach, gdzie spędził pierwsze miesiące służby:

„Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędem łóżka żelazne. Na każdym z nich zwinięty rodzaj materaca, twardo i gęsto pikowany – na wierzchu dwa białe prześcieradła, mała poduszeczka, na której leżała kołdra sukienna. Nad każdym łóżkiem osobna półeczka żelazna, na której artykuły wojskowe żuawa jakoto: tornister, część płótna namiotowego z pałeczkami, płaszczyk, trzewiki i kamasze, a obok na hakach wkręconych w podpory półki, zwieszał się sztuciec [staropolska nazwa sztucera] i pałaszo- bagnet długi i wężykowaty. Porządek, czystość, harmonijny układ przedmiotów miły sprawiały widok.” (Adam Morawski, op. cit., s.110)

Mimo, że Morawski był już oficerem, musiał przejść pełny cykl szkolenia, jaki obowiązywał żuawów bez względu na wcześniejsze doświadczenie bojowe. Chodziło o  wykształcenie umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na polu bitwy, z obsługą artylerii włącznie.

W jednostce obowiązywał regulamin i język francuski. Po apelu porannym o godz. 5. odbywały się zajęcia teoretyczne i praktyczne dla rekrutów. Starsi żołnierze uczestniczyli w forsownych manewrach.  Był też czas na rekreację, lekturę (w jednostce znajdowała się bogata biblioteka), rozmowy. Wieczorny apel i wspólna modlitwa (różaniec) o godz. 22, kończyły pracowity dzień.

Mundur żuawa, w kolorze szaro- niebieskim, składał się z krótkiego, haftowanego czerwienią lub czernią (oficerowie) kaftana bez kołnierza, luźnych szarawarów, kończących się powyżej kostki, czerwonego, szerokiego pasa, kamaszy z żółtymi getrami lub czarnych oficerek oraz kepi (czasem fezu) na głowę. Wzorowany był na mundurze francuskich żuawów, walczących w Algierii. Dystynkcje były wyhaftowane na rękawach. Na lewej piersi naszyty był odwrócony krzyż, symbol męczeństwa św. Piotra. Na guzikach wygrawerowano papieską tiarę i klucze św. Piotra.

Ochotnicy pochodzili z całego niemal świata, choć większość przybyła z Holandii (tak odwdzięczali się katolicy Piusowi IX za odtworzenie kilka lat wcześniej zniszczonej przez Reformację organizacji kościelnej), Francji, Belgii, Szwajcarii oraz Irlandii (batalion im. św. Patryka). Byli też Włosi, Anglicy, Szkoci,  a nawet Amerykanie i Rosjanie. W chwili przybycia Adama Morawskiego do Rzymu w oddziale żuawów służył także hr. Wilhelm Romer z Galicji. Potem przybyło jeszcze kilkunastu Polaków. W całym, liczącym niespełna 20 tysięcy ludzi wojsku papieskim, w różnych jednostkach, było kilkuset Polaków.

Niestety, po stronie rewolucji walczyło ich prawdopodobnie znacznie więcej, ponieważ pod wpływem dziwacznego rozumowania większości krajowych pism (wyjątkiem był konserwatywny krakowski „Czas”) zaczęto utożsamiać zaborczą politykę Piemontu w stosunku do wszystkich starych państw włoskich , zwłaszcza Państwa Kościelnego, z polską walką o wyzwolenie spod obcego panowania i odzyskanie utraconej w wyniku zaborów niepodległości. Jakoś nie zwracano uwagi na fakt, że Włochy (Italia) były jedynie pojęciem geograficznym (nawet nie językowym!), a od upadku starożytnego Rzymu (wbrew egzaltowanej, operowej niemal propagandzie) nigdy nie było jednego państwa włoskiego, zaś te które powstawały i przekształcały się w ciągu wieków, z państwem Cezara, Owidiusza czy Petroniusza nie miały wiele wspólnego. Jedynym, które jakąś ciągłość zachowywało (nie tylko w języku) było właśnie Państwo Kościelne.  Ale ono najbardziej wszystkim przeszkadzało...Podobnie jak kiedyś Rzeczpospolita.

Źle to świadczy, niestety,  o zdolności rozumowania i oceny sytuacji politycznej u naszych przodków. Dlatego doceńmy tych, którzy w owych czasach obłudy, fałszu i zamętu, nie mniejszych niż w wieku XX, stanęli po właściwej stronie barykady i spróbujmy przynajmniej częściowo, na ile to możliwe wobec ubóstwa źródeł (o co zadbała druga strona), oddać im sprawiedliwość i spróbować odtworzyć ich losy, w czasach obrony niezależności Państwa Kościelnego.

    Historia papieskich żuawów zaczyna się wiosną 1860 roku, kiedy po sukcesach przewrotnej polityki premiera Piemontu, Kamila Cavoura,  pod koniec lat 50 – tych XIX wieku niemal wszyscy ówcześni rewolucjoniści oraz europejskie rządy, z brytyjskim na czele (ach, ten genialny lord Palmerston), zgodnie uznają, że „Odrodzenie” (Risorgimento) Włoch może się odbyć tylko przez zjednoczenie wszystkich istniejących w Italii państw pod berłem króla Sardynii (Piemontu), Wiktora Emanuela II.

Pokonana niedawno Austria musi się pogodzić z utratą Lotaryngii, „wspaniałomyślnie” przekazanej Piemontowi przez zwycięskich Francuzów, „śpieszących na pomoc tak haniebnie zaatakowanym przez Habsburgów niewinnym Włochom”. Prowokacji Cavoura, zbrojącego kraj do przyszłych podbojów (nazywanych odtąd „zjednoczeniem”) świat jakoś nie zauważył...

Miłośnik włoskiej jedności, tradycji i wolności, król Wiktor Emanuel, oddaje Francji bez mrugnięcia okiem rodzinną Sabaudię wraz z Niceą, byle by zapewnić sobie na przyszłość bardzo elastycznie rozumianą „politykę nieinterwencji” ze strony Napoleona III.

Scenariusz działań jest wszędzie jednakowy: w kolejnych państwach włoskich, poczynając od położonych najbliżej Piemontu: Parmy, Modeny oraz Toskanii wybuchają zamieszki, takie ówczesne „Majdany”, finansowane, oczywiście w tajemnicy, przez Cavoura (środki płyną obficie, nie wiedzieć czemu, z Londynu, a w ślad za nimi tysiące egzemplarzy protestanckich Biblii i gorliwi misjonarze), a organizowane przez bojówki z udziałem spiskowców Garibaldiego, Mazziniego i wypuszczanych z więzień przez „zrewoltowany lud” zwykłych kryminalistów,. Władcy giną w zamachach lub są zmuszani do ucieczki, nikt ich nie żałuje, bo to „krwiopijcy i kaci ludu włoskiego są”...

Następnie w wyniku plebiscytów w stylu „wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej po 17 września1939” zwycięża demokracja, a europejskim mocarstwom nie pozostaje nic innego, jak ten wspaniały proces zaakceptować. Wszak Vox populi, vox Dei...

Interwencja nie wchodzi w grę, bo żadnej agresji nie było. To sami mieszkańcy kolejnych krajów włoskich proszą, aby miłościwie zapanował nad nimi  prawdziwy Ojciec Ojczyzny, Wiktor Emanuel II, zamiast tych wstrętnych Habsburgów. Oczywiście 99, 9 % mieszkańców.

Tak przećwiczony scenariusz sprawdza się nawet w dużym kraju, jakim jest  Królestwo Neapolu i Obojga Sycylii. Wystarczy jeden Garibaldi i tysiąc „czerwonych koszul”, nie licząc osłony angielskich okrętów, a już  Sycylia prosi o przyłączenie do Piemontu...

Po kilku miesiącach dołącza do tej prośby Neapol i reszta byłych poddanych króla Franciszka II, który wraz z rodziną musi szukać azylu w Rzymie, choć jego szwagierka jest cesarzową Austrii.

Wiktor Emanuel z miłością przytula do serca kolejnych poddanych...

A serce ma wielkie i czułe, więc z troską wsłuchuje się w płacz gnębionych papieskich poddanych w północno – wschodnich prowincjach Państwa Kościelnego.

Gorzkie łzy leje Bolonia wraz z całą Romanią? No to się im garybaldczyków podeśle, Majdan urządzi, plebiscycik przeprowadzi, z wynikiem może trochę słabszym: 98, 7 % na przykład.

A w kolejce czeka już Ankona z całą Marche. Droga do Rzymu wkrótce stanie otworem.

Papież protestuje, klątwę rzuca? A ile papież ma dywizji?

W takich właśnie okolicznościach wkraczają na scenę dwaj panowie M.

Młodszy, pan de Merode, obecnie prałat i szambelan papieski oraz protominister wojny rządu Piusa IX, , był kiedyś podwładnym starszego, pana de La Moriciere, generała wojsk francuskich, żuawa, weterana z Algierii, zawsze zwycięskiego, wspaniałego dowódcy, obecnie pana na rodzinnym zamku Prouzel ...

Połączy ich znów wspólna sprawa: tworzenie wojska straceńców, którzy wobec wrogości lub obojętności świata podejmą się obrony z góry przegranej sprawy: sprawy niezależności przeszło tysiąc sto lat liczącego Państwa Kościelnego. Centrum całej społeczności katolickiej, gdzie swoją siedzibę ma następca św. Piotra, któremu sam Chrystus powierzył klucze do Królestwa Niebieskiego...

I oto teraz jakiś sabaudzki królik, mieniący się w dodatku katolikiem, zamierza ten odwieczny porządek zniszczyć, nie bojąc się nawet ognia piekielnego!

Kiedy więc swojemu dawnemu dowódcy składa ks. de Merode w imieniu Piusa IX propozycję stanięcia na czele wojska, które ma dopiero powstać (a brak nawet pieniędzy na jego werbunek, nie mówiąc o utrzymaniu i uzbrojeniu), gen. La Moriciere odpowiada:

„Jest to sprawa, za którą umrzeć uważałbym za szczęście” . I dodaje: „Skoro Ojciec przyzywa syna na swoją obronę, jedno tylko pozostaje do zrobienia- iść.” (cytat za: Józef Sebastian Pelczar, Pius IX i jego pontyfikat na tle dziejów Kościoła w XIX wieku, Lwów 1908, t. 2, s. 254)

Miesiąc później, 2 kwietnia1860 r. jest już w Rzymie, po drodze wstępując do Ankony, aby przygotować plany umocnienia fortyfikacji twierdzy.

8 kwietnia ogłasza odezwę do przyszłych żołnierzy:

                   Żołnierze!

Jego Świątobliwość papież Pius IX raczył mię wezwać do objęcia zaszczytnego dowództwa nad wami, abym bronił praw Jego zapoznanych i zagrożonych. Nie wahałem się ująć na nowo oręża w rękę. Na wezwanie głosu wielkiego, który (...)zawiadomił świat o niebezpieczeństwach grożących dziedzictwu Piotra św. doznali katolicy wielkiego wzruszenia (...) bo chrześcijaństwo nie tylko jest religią cywilizowanego świata, ale podstawą i życiem samem cywilizacji; (...)papiestwo jest ostatecznym kamieniem, zamykającym sklepienie chrześcijaństwa (...)

Rewolucya to, jak niegdyś islamizm, zagraża dziś Europie, a dziś, jak ongi, sprawa Papieża jest sprawą cywilizacji i wolności na świecie.

Żołnierze! Ufajcie i wierzcie, że Bóg wesprze męstwo wasze dla wzniosłości sprawy, której obronę naszemu orężowi powierza.

                                             Wódz naczelny

                                             jen. de La Moriciere (Pelczar, op. cit., t. 2, s.255)

Na taki apel oraz wezwanie samego Ojca św. ze wszystkich zakątków ziemi przybywają do Rzymu młodzi mężczyźni, często ze starych, arystokratycznych rodów, niekiedy jedyni synowie i dziedzice majątku, gotowi nawet sami sfinansować swoje uzbrojenie i utrzymanie!

Mobilizacja katolików jest ogromna: z całego świata płyną strumienie pieniędzy, bogatych darów, ale też modlitw i komunii świętych, ofiarowywanych w intencji Piusa IX i jego wojska.

Bogaci, jak Chateaubriand czy księżna Parmy, kupują armaty, biedni, jak Irlandczycy, śpieszą w szeregi legionu św. Patryka, a ich matki i siostry modlą się i oddają przysłowiowy „wdowi grosz”.

W ciągu kilku tygodni udaje się zebrać prawie 20 tysięcy żołnierzy, głównie piechoty, ale jest też  kawaleria, artyleria, a nawet oddziały medyczne, gotowe do pomocy rannym.

Z Austrii przybywa prawie 5 tysięcy prostych żołnierzy, wśród nich kilkuset polskich chłopów, prosząc o wskazanie wodzów, żeby nimi pokierowali.

Doborową jednostką wśród tej zbieraniny, z której trzeba szybko zrobić wyszkolone wojsko (obowiązuje organizacja, regulamin i język francuski), creme de la creme papieskiej armii, staje się stosunkowo nieliczny (nigdy nie przekroczy 3,5 tys. żołnierzy) oddział żuawów (wtedy jeszcze określanych jako Franko – Belgowie). Na ich czele staje najpierw szwajcarski pułkownik Allet, a od 1867 r. płk. Atanazy de Charette (w 1860 roku był kapitanem 1. kompanii francusko – belgijskiej), potomek bohatera z Wandei.

Wkrótce przyjdzie im odbyć krwawy chrzest bojowy...

We wrześniu 1860 roku, po faktycznym przyłączeniu Romanii, Piemont szykował się do definitywnej rozprawy z Państwem Kościelnym. Na pierwszy ogień miały pójść Marchie z Ankoną, więc gen. La Moriciere, spodziewając się tradycyjnego scenariusza w postaci ataków garybaldystowskich bojówek, zrewoltowania miejscowej ludności, a następnie „plebiscytów”, postanowił zagrodzić im drogę, rozmieszczając wojska w Ankonie i mniejszych twierdzach na trasie spodziewanego pochodu z Romanii. Tymczasem Cavour (po rozmowach w Plombier) poszedł tym razem na całość, wiedząc, że cesarz Napoleon III dyskretnie przymknie oko na agresję, przynajmniej w początkowej fazie (miał ponoć powiedzieć do wysłanników Cavoura: „Róbcie, ale róbcie szybko”).

Tym razem więc oprócz bojówek rewolucjonistów do Państwa Kościelnego 11 września, bez wypowiedzenia wojny (sic!), wkroczyło regularne wojsko w sile prawie 40 tysięcy żołnierzy piemonckich. Gen. La Moriciere, stacjonujący wówczas w Spoleto, mógł im przeciwstawić w polu zaledwie 8000  piechoty, 350 jeźdźców i 24 działa. Ponieważ wobec ewidentnej agresji, zgodnie z warunkami pokoju w Villafranca (kończącego wojnę z Austrią w 1859 r.), spodziewano się rychłej interwencji francuskiej, więc generał postanowił przebić się ze swoimi oddziałami do twierdzy w Ankonie i tam bronić się do czasu przybycia Francuzów.

Do bitwy doszło 18 września 1860 r. koło miejscowości Castelfidardo k. Loreto. Poprzedniego dnia wojska piemonckie obsadziły okoliczne wzgórza, broniące drogi na Ankonę, gotując się na atak La Moriciera. Większość żołnierzy papieskich w noc przed bitwą nie tylko uczestniczyła we mszy św., ale przyjęła Najświętszy Sakrament, a wszyscy otrzymali papieską absolucję in articulo mortis.

Piemontczyków, pod wodzą gen. Cialdiniego, było pod Castelfidardo przeszło 28000, wojsk papieskich, pod wodzą gen. La Moriciera i gen. Pimodana (szefa sztabu) niespełna 5000.

Pośród sztandarów, które łopotały nad głowami żołnierzy papieskich znajdowały się również te, które towarzyszyły flocie chrześcijańskiej w bitwie pod Lepanto. Na rozkaz naczelnego wodza zabrano je bowiem z bazyliki loretańskiej.

Atak rozpoczął gen. Pimodan ok. 8.30 rano, zdobywając błyskawicznie jedną z pozycji wroga. Następnie wraz z 250 żuawami pod wodzą kapitana de Charette, ruszył do kolejnego ataku. Mimo kilku odniesionych ran, dalej prowadził swoich żołnierzy. I wówczas zdrajca, (z rozkazu Garibaldiego część spiskowców dla prowadzenia dywersji na tyłach wstępowała w szeregi papieskie) strzelił generałowi Pimodan w plecy, raniąc go śmiertelnie i wywołując panikę w oddziałach, które rzuciły się do ucieczki. Na placu boju pozostali tylko żuawi pod wodzą kapitana de Charette, próbując powstrzymać bezładny odwrót. Mimo przybycia gen La Moriciere nie udało się utrzymać pozycji. Żuawi strzelali dopóki starczyło im amunicji, potem walczyli na bagnety. Kilkudziesięciu zginęło. Zostali pochowani na miejscu bitwy, we wspólnym grobie, bo gen. Cialdini nie zgodził się na identyfikację zabitych i odesłanie ciał rodzinom! Piemontczycy nakazali potem zaorać mogiłę, ale miejscowa ludność, traktująca poległych jak męczenników, z szacunkiem omijała to miejsce przy orce. Wielu było rannych, część dostała się do niewoli, podobnie jak oddziały, broniące Loreto. Niektórym, podobnie jak generałowi La Moriciere udało się przebić do Ankony, już atakowanej od morza przez potężne działa przybyłych wcześniej piemonckich okrętów. Przed zamknięciem okrążenia do Ankony dotarły jeszcze oddziały gen Courtena i płk. Kanzlera (w 1865 r. zastąpi ks. de Merode na stanowisku protoministra wojny, a gen. La Moriciera na stanowisku Naczelnego Wodza). Niestety w twierdzy brakowało żywności i amunicji na dłuższą walkę, a umocnienie murów okazało się nie wystarczające wobec przewagi ogniowej przeciwnika. Obrońcy mieli 25 dział mniejszego kalibru od strony morza, od lądu 126, oraz 7000 załogi.

Wśród obrońców twierdzy znajdowało się też kilkuset Polaków, którzy bili się dzielnie, a gen. La Moriciere, już po wyjściu z niewoli, w rozkazie z 3.11.1860 r. wyróżnił szczególnie kapitana artylerii, Jana Popiela.

Piemontczycy dysponowali nie tylko dwunastoma okrętami wojennymi, uzbrojonymi w 400 dział, ale także kilkunastotysięczną armią lądową.

Obrońcy nie tracili jednak ducha, mimo zmasowanego ostrzału, trwającego po kilkanaście godzin i powodującego zarówno w twierdzy, jak w mieście ogromne zniszczenia. Liczono bowiem, że wobec tak bezczelnej agresji nastąpi wreszcie odsiecz Francuzów.

Tymczasem cesarz Napoleon III, którego polityka po zamachu Orsiniego 14. 01. 1858r. stawała się coraz bardziej oportunistyczna, żeby nie powiedzieć tchórzliwa wobec zamiarów rewolucyjnych (inspirowanych, podobnie jak sam zamach,  z Londynu), zastosował mało subtelną taktykę „na przeczekanie”. Kiedy w początkach września, bawiąc w Marsylii, został zawiadomiony przez swoich generałów o przygotowaniach Piemontu do ataku na Państwo Kościelne, nie odpowiedział w ogóle na depesze i wyjechał do Algieru, realizując wcześniejsze nieoficjalne porozumienie z Cavourem, któremu w ten sposób zostawił czas na „szybkie działanie” („ róbcie szybko”).

Na Ankonę i całą Marchię oraz Umbrię był już podpisany wyrok śmierci.

Po 10 dniach straszliwego ostrzału, kiedy obrońcom zabrakło amunicji, w powietrze wyleciał magazyn prochu, a wyłom w murze miał szerokość 500 metrów, 28 września 1860 r. gen. La Moricier wysłał do Piemontczyków  parlamentarzystów z prośbą o zaprzestanie ognia i ustalenie warunków kapitulacji. Działa forteczne milczały, na murach powiewały białe flagi, a mimo to jeszcze przez 13 godzin (od siódmej wieczorem do ósmej rano dnia następnego) trwał potężny ostrzał artyleryjski poddanego miasta! Tak wyglądały zasady nowej, rewolucyjnej, cywilizacji.

30 września załoga wyszła z twierdzy z honorami, ale żołnierzy popędzono w straszliwych warunkach na północ, aby dopilnować ich wyjścia z Italii i powrotu do rodzinnych krajów.

Oficerowie z gen. La Moriciere zostali morzem przewiezieni do Genui, skąd po daniu słowa honoru, że przez rok nie będą służyć w armii nieprzyjacielskiej, wypuszczono ich do domu.

Wydawało się, że droga na Rzym stoi przed wojskami Cavoura i Wiktora Emanuela otworem...

Ale wówczas kunktator z Paryża musiał już zareagować. Wojska francuskie wylądowały w Civita Veccia , skąd ruszyły do Rzymu. Było to zgodne z planami Napoleona III, który gotów był bronić Państwa Kościelnego pod warunkiem, że ograniczy się do Rzymu z okręgiem Lacjum (złośliwi sugerowali, że do Watykanu z ogródkiem, czyli Castel Gandolfo).

Cavour musiał chwilowo ograniczyć swoje ambicje, choć hasło: „Rzym albo śmierć” nie schodziło z jego ust. Opatrzność sprawi, że w tak postawionej alternatywie przypadnie mu wkrótce w udziale ten drugi człon (umrze niespodziewanie w czerwcu 1861 r.).

Tymczasem w świat idzie wiadomość, że w Italii powstaje nowe, a właściwie „odradza się”, „zmartwychwstaje” (sic!) wspaniałe państwo: Królestwo Włoch, z Wiktorem Emanuelem II na czele. Uroczysta koronacja odbywa się w Turynie, 15 marca 1861 roku. Pełnię szczęścia zakłóca tylko ten stary skir (rak) na Kwirynale, ale wszyscy dobrze wiedzą, że czas i okoliczności pracują przeciw niemu...

Wróćmy jeszcze na chwilę do gen. La Moriciere i bohaterów spod Castelfidardo.

Ojczyzna, do której wrócili, okazała się dla nich macochą, nie matką. Pozbawiono ich za „służbę w obcym wojsku” (choć nie walczyli przeciw Francji, co zresztą zastrzegł sobie przed przyjęciem stanowiska dowódcy wojsk papieskich gen. La Moriciere) wielu praw obywatelskich, w tym prawa głosu, służby wojskowej czy obejmowania funkcji sędziów przysięgłych). Zakazano też publicznej zbiórki na szablę pamiątkową dla bohaterskiego generała, który umiera w 1865 r.

Tym szykanom nie podlegali jednak Francuzi, walczący po stronie Piemontu, którzy byli traktowani jak bohaterowie! Kolejny przykład rewolucyjnej sprawiedliwości.

Tak zakończył się pierwszy akt opery tragikomicznej pt. „Risorgimento”.

Warto jeszcze dodać, że w wojsku papieskim, walczącym przeciw najazdowi piemonckiemu we wrześniu 1860 roku odznaczyło się dzielną postawą wielu Polaków, poległych m. in. w obronie Perugii, czy Montefiascone, skąd pod dowództwem majora Fuchmana ruszyli pod Castelfidardo, osłaniając odwrót do Loreto ogarniętego paniką wojska. Po bitwie wycofali się  w idealnym porządku, z muzyką na czele, zabierając swoich rannych.

Największą sławą okrył się jednak kapitan Piotrowski, który osłaniając odwrót plk. Kanzlera, nie tylko wytrzymał kilka ataków piemonckiej jazdy, ale nawet odzyskał kasę wojskową, utraconą wcześniej przez uciekające dwie kompanie niemieckie. Wziętemu wreszcie do niewoli proponowali Piemontczycy służbę w swojej armii ze stopniem majora i zaliczeniem 18 lat służby, ale Piotrowski odmówił bez zastanowienia, a wypuszczony z niewoli wrócił do Rzymu, gdzie Pius IX odznaczył go  krzyżem Piusa, zaś gen. Kanzler nazwał wobec całej armii najlepszym oficerem spod swojej komendy.

1 stycznia 1861 r. z niedobitków spod Castelfidardo i Loreto zostaje oficjalnym rozkazem stworzona Legia żuawów papieskich pod dowództwem ppłk. Allet (kpt. de Charette obejmuje dowództwo jednego z batalionów). Odtąd nazwa żuawi jest już używana oficjalnie.

Chociaż w Italii panuje pokój, wiadomo, że skoro Roma o Morte!, więc prędzej czy później Państwo Papieskie zostanie znów zaatakowane, a na pomoc Francuzów nie można w pełni, wobec wydarzeń z 1860 roku, liczyć.

Wojsko papieskie jest więc nadal organizowane i utrzymywane, zwłaszcza, że w górach coraz częściej pojawiają się bandy uzbrojonych garybaldczyków.

Wojsko nie tylko broni granic i pilnuje spokoju w okrojonym państwie, ale bierze też udział w budowie dróg, mostów, linii telegraficznych i kolejowych. Często pomaga miejscowej ludności. Wśród żuawów jest np. bardzo popularne stowarzyszenie św. Wincentego a Paulo, które ze składek żołnierskich wspiera ubogich w miejscu stacjonowania danej jednostki. Do służby w żuawach zgłasza się coraz więcej młodych ludzi, także Polaków. Kontrakt podpisuje się na 6 miesięcy lub 2 lata, z możliwością przedłużania.

Szkolenie jest mordercze, a dla przybyszów z północy najtrudniejsze okazują się marsze i ataki w pełnym uzbrojeniu na skalistych zboczach gór przy 40- stopniowym często upale.

Hartuje to jednak ciało i przygotowuje odporność na czas prawdziwych bitew.

Każdej niedzieli, po mszy św., odbywają się przy dźwiękach wojskowej orkiestry parady poszczególnych oddziałów przed dowództwem Legii, a niekiedy samym naczelnym wodzem.

Orkiestra jest ponoć doborowa, złożona z wybitnych muzyków nie tylko włoskich, nic więc dziwnego, że zamach bombowy na koszary żuawów, w którym zginie kilku jej członków, spotka się z powszechnym oburzeniem.

Atmosfera wśród żołnierzy jest prawdziwie koleżeńska, pełna wzajemnego szacunku i solidarności. Przejawia się to także w uroczystych pogrzebach żuawów, poległych w walce lub zmarłych z powodu choroby. Tak pisze o tym Adam Morawski w swoich wspomnieniach (op. cit.., s. 115):

„W razie śmierci którego z żuawów, pułkownik i oficerowie asystowali w pogrzebie, przybierano trumnę w girlandy i wieńce, a kapelan spowiednik lilię białą dorzucał. Towarzysze broni nieśli  zmarłego, przy odgłosie wojennej, żałobnej muzyki. Tak postępując orszak wstępował do kościoła, gdzie po mszy św. składano ciało w grobie, wydrążonym pod posadzką. Pożegnalne salwy z ręcznej broni kolegów stojących w bojowym szyku przed świątynią, kończyły ceremonię.”

Przy pułku żuawów założono szkołę wojskową, a zdolnych oficerów wysyłano na wielkie manewry do Francji. Istniała też komisja, która zajmowała się analizą taktyki wojennej różnych cudzoziemskich wojsk. Ćwiczenia odbywały się zarówno w górach, jak i na równinach, czasem z udziałem różnych rodzajów wojsk papieskich. Szybkie i długie marsze, także nocne, miały oswajać z trudami prawdziwej wojny.

Do perfekcji doprowadzono walkę w tyralierze, zwłaszcza na zboczach gór:

„Manewr ten, wymagający wprawy i zwinności, prześlicznie wykonywali żuawi. Zajmującym wielce był widok tego podwójnego i naprzód wymijającego się łańcucha tyraljerów, którzy czołgając się między trawą, krzakami, bruzdą, to nikną we wklęsłościach gruntu, to jakby wyrastali z ziemi okazują się na wyżynach, a rażąc celnemi strzały nieprzyjaciela, sadzą przez rowy i zapory – przemykając zręcznie, kędyby tylko koza przejść mogła i nagle, na hasło trąbki zbiegłszy się niespodziewanie, stają w szyku sformowani, by frontem najeżonym bagnetami uderzyć na wroga.” (Adam Morawski, op. cit., s. 131)

       Kolejny akt Risorgimenta rozpoczyna się po klęsce Austrii w wojnie z Prusami w 1866 r., kiedy po bitwie pod Sadową monarchia Habsburgów zostaje zmuszona do upokarzającego pokoju, nakazującego opuszczenie Wenecji i przekazanie jej pod władzę Wiktora Emanuela. Okrzyki Roma o Morte rozlegają się wszędzie, zwłaszcza, że po przeniesieniu stolicy w 1865 r. do zdobytej pięć lat wcześniej Florencji droga do Rzymu znacznie się skróciła.

Scenariusz nie zmienił się, choć jego autor nie żyje od 6 lat. Do Rzymu i sąsiednich miejscowości przekradają się oddziały garybaldczyków, usiłujące wywołać powstanie, aby potem drogą plebiscytów zrealizować wolę mieszkańców i włączyć zrewoltowane tereny do Królestwa Włoskiego. Wspierają je niemal jawnie duże oddziały piemonckie, co jest oczywistym pogwałceniem pokoju w Villafranca. Tym razem Napoleon III reaguje szybciej i wysyła rozkaz, aby oddziały francuskie ruszyły na pomoc Piusowi IX. Zanim jednak dotrą do Rzymu ciężar obrony granic spada na wojska papieskie (pod wodzą gen. Kanzlera), w tym na dowodzone teraz przez płk. de Charette oddziały żuawów.

Walki z bandami Garibaldiego, znaczącymi swój szlak bojowy zrabowanymi, sprofanowanymi i spalonymi kościołami (w jednym z miast nie tylko splądrowano i okradziono tamtejszy kościół, ale rozsypano konsekrowane Hostie, a dla dopełnienia profanacji zabito miejscowego zakrystianina, aby jego krwią  skropić ołtarz!),  stały się codziennością żuawów, odkąd pod koniec 1866 r. żołnierze francuscy opuścili Rzym, przekazując obronę wojskom papieskim.

Rozzuchwaliło to bojówki piemonckie, które podjęły nawet bezskuteczną próbę wywołania powstania w samym Rzymie, m.  in. w dzielnicy Transtevere, gdzie udzielał schronienia spiskowcom pochodzący z Piemontu fabrykant sukna, Aiani. Mimo bomb Orsiniego, sztyletów i karabinów, oraz agresywnej propagandy, nie udało się zastraszyć mieszkańców i zmusić do wystąpienia przeciw Ojcu Świętemu, Wręcz przeciwnie: sami Rzymianie wskazywali żuawom lub karabinierom kryjówki spiskowców, a nawet włączali się do patrolowania miasta.

W czerwcu 1867 r. żuawi z garnizonu w Albano musieli walczyć ze skutkami cholery, która przeszła przez miasto, zostawiając straszliwe żniwo. Zmarł nawet kardynał Altieri, udzielający sakramentów umierającym. Ofiar było tak wiele, że do pomocy przy grzebaniu zmarłych i opieki nad jeszcze żywymi trzeba było wezwać kolejną kompanię żuawów.

Kiedy nie udało się wywołać powstania w samym Rzymie, spiskowcy przenieśli się pod miasto, gdzie wkrótce doszło do kilku większych bitew z rosnącymi siłami najeźdźców, m. in.  pod Nerolą, Viterbo, Bagnorea.

W międzyczasie, wobec faktycznej  agresji ze strony Wiktora Emanuela II (nie pomogło odżegnywanie się od najeźdźców; wzięci do niewoli jeńcy byli najlepszym dowodem),  jesienią 1867 roku do Rzymu wróciły oddziały francuskie.

Najkrwawszą bitwę stoczyły połączone siły francusko - papieskie 2 i 3 listopada 1867 r. między Monte- Rotondo a Mentaną, gdzie na amfiteatralnie rozłożonych wzgórzach, otaczających dolinę z drogą na Rzym, po wcześniejszym złupieniu okolicy i sprofanowaniu kilku kościołów,  rozlokowało się 30 000 żołnierzy piemonckich pod komendą Garibaldiego.

Najeźdźców chroniły nie tylko wzgórza, ale wzniesione na nich budynki oraz fortyfikacje ziemne, za którymi kryły się nowoczesne, dalekosiężne gwintowane armaty, prowadzące morderczy ogień w kierunku znajdujących się w dole, trzykrotnie mniejszych sił francusko- papieskich.

Żuawów, po całonocnym marszu w rzęsistym deszczu, skierowano w środek linii bojowej. O świcie ruszyli do ataku, zmiatając swoją straszliwą tyralierą kolejne placówki przeciwnika, który szukał schronienia w coraz wyżej położonych stanowiskach. Były to budynki murowane z ogrodami, liczne zabudowania przy winnicach, dobrze osłonięte, w przeciwieństwie do posuwających się po zboczach żuawów. Nad każdą placówką garybaldczyków powiewały czerwone chorągwie.

Kiedy w dolinie rozlokowały się pozostałe oddziały wojska francuskiego i papieskiego, żuawi dostali rozkaz do kolejnego ataku. Oddajmy znów głos naocznemu świadkowi:

„Garybaldczycy (...), sami zasłonięci, (...) bili w nas jak w tarczę. Kazano żuawom spędzić ich z pozycji. Z okrzykiem: Niech żyje Pius IX! sunęli żuawi tak natarczywie i gwałtownie naprzód pod wodzą de Charette’a (...) i uderzyli z takim naciskiem na bagnety, że w lot przełamali ich głębokie kolumny i spędzili z pozycji (...). Nieprzyjaciel ani marzył o podobnym ataku (...) – upadł więc na duchu, zdebandował i puścił się w nieporządku ku Tivoli i granicy- a wyrzekłszy się Rzymu i Śmierci, Garibaldi tąż samą drogą podążył, wyprzedzając na szybkim koniu swych żołnierzy.” (Morawski, op. cit., s.132)

Po tak brawurowym ataku i ucieczce Garibaldiego z pola walki (wg Morawskiego drugi raz powtórzyło się to podczas wojny francusko- pruskiej w bitwie pod Dijon, kiedy Garibaldi nieproszony zjawił się tam ze swoim korpusem, a  gdy nacisk Prusaków okazał się zbyt wielki, podał tyły, zostawiając na placu boju Polaków pod wodzą gen. Hauke- Bosaka) wojska sprzymierzone musiały jeszcze oczyścić z piemonckich bojówek samą Mentanę i kilka sąsiednich winnic, ale to już poszło szybko, zwłaszcza, że Francuzi użyli po raz pierwszy szybkostrzelnych karabinów z gwintowaną lufą, tzw. chassepotów.

Noc już zapadła, kiedy wygasały ostatnie walki. Na pobojowisku zostało wielu zabitych i rannych. Czekał tam prawie dwa dni na ratunek ciężko ranny Edward Raczyński, chyba najbardziej znany z polskich żuawów papieskich. Ale do niego jeszcze wrócimy.

Po bitwie, w której tysiące garybaldczyków dostało się do niewoli, odbyło się triumfalne wejście zwycięskich wojsk do Rzymu. Cała droga do Watykanu, na Plac św. Piotra, gdzie odbyło się uroczyste nabożeństwo i błogosławieństwo papieskie, była wspaniale udekorowana kwiatami, drogimi kobiercami i kolorowymi girlandami oraz żółto- białymi flagami. Stojący wzdłuż trasy przemarszu tłum wznosił radosne okrzyki i rzucał kwiaty pod stopy żołnierzy. Tak Rzym czcił swoich obrońców.

Większość jeńców po rozbrojeniu wypuszczono na wolność, rannymi wrogami opiekowano się równie troskliwie jak własnymi żołnierzami, a „upiór z Kwirynału” przyszedł nawet odwiedzić niektórych osobiście...

Drugi akt Risorgimenta okazał się falstartem.

Lawina nabierała jednak rozpędu i wszyscy wiedzieli, że wkrótce rozegra się akt III.

Ten czas darowany przez Opatrzność chciał jak najlepiej wykorzystać Pius IX, aby przed przewidywaną katastrofą przygotować Kościół na nowe czasy. Po raz pierwszy od 300 lat (od soboru Trydenckiego) zwołał sobór powszechny Kościoła katolickiego, który przejdzie do historii jako sobór watykański I (1869- 1870, obrady zawieszono). Jego najważniejszą uchwałą, przy niewielkich sprzeciwach, było ogłoszenie dogmatu o nieomylności papieża, wypowiadającego się ex catedra w sprawach wiary i moralności.

Decyzja ta najlepiej świadczyła o mądrości i dalekowzroczności Ojca Św., który wobec zagrożenia ziemskiej władzy papieży oraz narastającym tendencjom odśrodkowym w kierunku kościołów narodowych, przypominających cezaropapizm protestancko- prawosławny, zostawił swoim następcom narzędzie ratowania Kościoła i dyscyplinowania błądzących, w myśl zasady: Roma locuta, causa finita. Uchroniło to Kościól przed większymi rozłamami (kościoły: niemiecko- katolicki czy polsko- katolicki znalazły się na marginesie).

Po tej dygresji wróćmy teraz do naszych bohaterów.

Kilka dni po zwycięskiej bitwie pod Mentaną odbyły się w Rzymie uroczyste pogrzeby poległych oraz liczne nabożeństwa za ich dusze, w szpitalach opatrywano rannych, odznaczano i awansowano zasłużonych.

W przewidywaniu rychłej powtórki ataków, większość żołnierzy pozostała na służbie papieskiej, a wojska francuskie nadal stacjonowały w Rzymie (mimo zgryźliwych komentarzy Napoleona III i niektórych jego dyplomatów).

Armię papieską zreorganizowano i wyposażono w nowoczesne odtylcowe karabiny Remmingtona, zwiększono liczebność artylerii i konnicy, wzmocniono fortyfikacje w miejscach przewidywanych ataków, żeby lepiej dostosować je do nowoczesnych rodzajów broni.

Żuawi wrócili do koszar, gdzie oprócz codziennych ćwiczeń, szkoleń i manewrów, mogli korzystać z tzw. kasyn, które jednak niewiele miały wspólnego z dzisiejszym pojęciem kasyna wojskowego. Były to bowiem przede wszystkim biblioteki, czytelnie czasopism w różnych językach, sale muzyczne z fortepianami i wieloma innymi instrumentami, a także restauracje, gdzie tanio można było zjeść, a papier listowy, koperty i tytoń dawano za darmo.

Pragnący się dokształcać nie tylko wojskowo mogli słuchać wykładów z różnych dziedzin, prowadzonych przez  znanych rzymskich profesorów.

Na utrzymanie kasyn dla żuawów łożyli katolicy z Francji, Belgii, Holandii i Kanady.

Były też sale do fechtunku i gimnastyki. Nawet w każdym odwachu stała skrzynia z niewielką biblioteką. W wolnych chwilach organizowali też żuawi przedstawienia teatralne i pokazy sztucznych ogni dla miejscowej ludności. Nadal brali udział w pracach przy budowie dróg, mostów czy linii telegraficznych.

8 września 1868 r. odwiedził żuawów we Frascati sam Pius IX. Na tę uroczystość przygotowali oni wspaniałą oprawę nabożeństwa, z pięknym ołtarzem w kształcie Łodzi Piotrowej i wyplecionymi z liści, kwiatów i trawy herbami papieskimi.

Wieczorem wszystkie drzewa w dolinie udekorowano lampionami, które z góry, z koszar przypominały migające na niebie gwiazdy.

Nie marnowali jak widać czasu młodzi żołnierze w oczekiwaniu na nieuniknioną  wojnę.

    Nadchodzi rok 1870. W Rzymie trwają obrady soboru, a w Paryżu Napoleon III, który nie chciał widzieć prowokacji Cavoura wobec Austrii w 1859 r. sam daje się jak dziecko sprowokować Bismarckowi przy pomocy słynnej depeszy emskiej i wypowiada wojnę Prusom, które tylko na to czekają.

Czeka też Wiktor Emanuel II i jego agent Garibaldi z hasłem Roma o Morte na sztandarach.

Jest lipiec 1870 roku. Trzy armie francuskie szykują się do walki. W pierwszych dniach sierpnia wojska pruskie wkraczają do Alzacji i Lotaryngii, zmuszając Francuzów do odwrotu

Na nic zdaje się bohaterska obrona pułku żuawów francuskich pod Froeschwiller, którzy po wyczerpaniu amunicji bronili się z bagnetem w rękach przed przeważającymi siłami Prusaków. Z 2190 żołnierzy poległo lub zostało ciężko rannych 1589, a z 65 oficerów 40! Podobnym bohaterstwem i poświęceniem odznaczyli się też kirasjerzy gen, Michela pod wsią Mosborn. Klęska Francuzów 6 sierpnia 1870 r. była początkiem pasma kolejnych klęsk, do których przyczyniła się nieudolność samego Naczelnego Wodza, Napoleona III, który przekazał dowództwo nad wojskiem gen. Bazaine’owi dopiero 12 sierpnia. Prusacy podchodzili już coraz bliżej Paryża. Armia Renu została okrążona w Metzu, a sam Napoleon pod Sedanem...

Zapadła wówczas decyzja o odwołaniu tych kilkunastu tysięcy Francuzów z Rzymu, jakby sama ich obecność miała zadecydować o losach wojny. Tymczasem w jednej tylko, wprawdzie najkrwawszej w tej wojnie, bitwie pod Gravelotte – Saint-Privat 18 sierpnia Francuzi stracili około 12 tys. żołnierzy, a Niemcy 20 tys.

Po poddaniu Sedanu 2.09.1870 r. do niewoli pruskiej wraz z Napoleonem III i kilkunastoma generałami dostało się 75 tysięcy żołnierzy francuskich.

4 września uwięziony Ludwik Napoleon przestał być cesarzem Francuzów. W Paryżu proklamowano republikę, której prezydentem został wojenny gubernator Paryża, Ludwik Trochu, a ministrem wojny i spraw wewnętrznych Leon Gambetta.

Wobec zbliżania się wojsk pruskich do stolicy i zdobycia Wersalu 19 września, zdecydowano o przeniesieniu części rządu do Tours. Dotarł tam również balonem Leon Gambetta i energicznie przystąpił do reorganizacji wojska. Z Paryżem komunikacja odbywała się przy pomocy telegrafu (dopóki nie zniszczyli go Niemcy), balonów i gołębi pocztowych.

Bronić stolicy miało prawie 450 tys. żołnierzy, choć tylko 1/5 była faktycznie jako tako zdolna do walki.

Nie na wiele zdały się starania Gambetty i rządu w Tours. Wkrótce padł Metz i Strasbourg. Styczniowy kontratak też nie pozwolił na przerwanie oblężenia Paryża, podobnie jak bohaterstwo niektórych oddziałów, w tym byłych żuawów papieskich. Paryż skapitulował 28 stycznia 1871 r. Wtedy też nastąpiło zawieszenie broni, a 10 lutego podpisanie wstępnych porozumień pokojowych. Resztę już wszyscy znają: proklamowanie Cesarstwa Niemieckiego w Wersalu, defilada wojsk niemieckich w Paryżu, Komuna Paryska i przede wszystkim upokarzające warunki pokoju frankfurckiego z 28 maja 1871 r., kiedy Francja nie tylko musiała oddać Niemcom Alzację i znaczną część Lotaryngii, ale także zapłacić olbrzymią kontrybucję 5 miliardów franków w złocie, za które Cesarstwo Niemieckie rozbuduje swoją potęgę.

Wszystko dlatego, że Napoleon III nie wiedział kiedy i komu należy wypowiadać wojnę...

 

                Risorgimento, akt III

W czasie, gdy wojska pruskie wkraczają do Wersalu, pod murami Rzymu stoi już ponad 70- tysięczna armia Wiktora Emanuela II.

Głównych bram miasta pilnują niewielkie oddziały wojska papieskiego: Szwajcarzy, karabinierzy, gwardziści, a w najsłabszym punkcie murów, przy Porta Pia- żuawi.

Dowódcy ze smutkiem patrzą na zmurszałe, gdzieniegdzie jeszcze pamiętające Konstantyna Wielkiego mury.

Mimo to, kolejni wysłani przez oblegających parlamentariusze, otrzymują odpowiedź:

„Droga do Rzymu tylko po trupach naszych”.

Atmosfera jest podniosła, większość obrońców, podobnie jak pod Castelfidardo, przystępuje do komunii św., w kościołach odprawiane są nieustające nabożeństwa.

Obrady soboru, wobec wybuchu wojny we Francji zostały już wcześniej zawieszone „do lepszych czasów” (nigdy ich nie wznowiono), cudzoziemscy biskupi opuścili stolicę św. Piotra.

Pius IX modli się żarliwie i wieczorem 19 września udziela obrońcom uroczystego błogosławieństwa i absolucji w obliczu śmierci.

Miasto czeka na atak spokojnie. Papież chce zademonstrować swój sprzeciw wobec polityki siły i faktów dokonanych.

Świat musi zobaczyć, jaki gwałt się dokonuje, aby zrozumieć, po czyjej stronie jest racja i moralne zwycięstwo...

O świcie 20 września rozpoczynają się walki.

Najsilniejszy ogień skierowany jest na Porta Pia, jako najsłabszy odcinek murów. Wkrótce powstaje tam wyłom, przez który napastnicy próbują wedrzeć się do miasta. Za każdym razem napotykając zacięty opór żuawów, którzy nie tylko powstrzymują znacznie liczniejszych wrogów, ale kilka razy sami organizują „wycieczki”, biorąc nawet jeńców. Tuż przed południem, po kilku godzinach obrony, przychodzi rozkaz od Ojca Świętego, aby zaprzestać walki.

Pius IX chce uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi. Na bazylice św. Piotra i zamku św. Anioła pojawiają się białe flagi.

Sprawiedliwość ulega przemocy. Reszta jest w rękach Boga...

Wielu żołnierzy, zwłaszcza żuawów, z trudem przyjmuje taką decyzję, ale poddaje się woli Ojca Świętego. Składają broń, choć najeźdźcy nie zawsze umieją to uszanować, dopuszczając się nawet mordów na jeńcach.

Zwycięzcy zaprowadzają natychmiast swoje porządki, zajmują gmachy publiczne i pałace, wydają decyzje o postawieniu w Rzymie pomników „bohaterów z 1867 i 1870 r.” (nie chodziło bynajmniej o obrońców) oraz specjalnych medali za udział w wojnach przeciw papieżowi. Odbywa się też osławiony plebiscyt za przyłączeniem Rzymu i Lacjum „do Włoch”. Kiedy dowodzący wojskami Wiktora Emanuela gen. Cadorna zażądał kluczy do Kwirynału, Pius IX daje mu dumną odpowiedź:

„Odkądże to złodzieje potrzebują kluczów, by otwierać bramy? Niech je rozwalą jeśli chcą. Żołnierze Bonapartego przychodząc po Piusa VII, weszli oknem do Kwirynału i nie byli na tyle bezczelnymi, aby żądać pierwej kluczów” .

A przekazujący te słowa wysłannikom gen. Cadorna urzędnik papieski dodał jeszcze:

„Wejdźcie do pałacu, jakoście weszli do miasta- przez wyłom.” (Pelczar, op. cit., t. 3, s. 4)

Papież ogłosił się więźniem Watykanu, nie przyjął nigdy proponowanej mu „renty”, najeźdźców obłożył ekskomuniką i zakazał katolikom uczestniczyć w życiu politycznym Królestwa Włoch, których stolicą stał się wkrótce Rzym.

Stan taki potrwa do 1929 r.

                 Epilog I

 

Pius IX będzie najdłużej panującym papieżem w historii. Przeżyje wszystkich swoich wrogów z wyjątkiem Garibaldiego (Pierwszy umarł Cavour w 1861, potem lord Palmerston w 1865, Mazzini w 1872, Napoleon III w 1873 r., Wiktor Emanuel w styczniu 1878, kiedy już czynił przygotowania na pogrzeb papieża).

Odejdzie do domu Ojca 7 lutego wieczorem, kiedy dzwony kościołów będą biły na Anioł Pański...

3. września 2000 roku papież Jan Paweł II ogłosi go błogosławionym Kościoła Katolickiego.

Wśród wielu dokonań Piusa IX, który z ulubieńca publiczności w pierwszym okresie swojego panowania, kiedy uważano go za  „wsłuchującego się w głos ludu liberała”, stał się w ostatnich latach życia osobą najbardziej znienawidzoną w kręgach rewolucyjnych i liberalnych, a także wśród zatwardziałych protestantów i miłośników cezaropapizmu (Bismarck, car Mikołaj I, Aleksander II i ich dyplomaci) za najważniejsze należy uznać działania, służące umocnieniu i odbudowie pozycji Kościoła na świecie.

W tych trudnych czasach udało mu się po 300 latach odtworzyć zniszczoną w dobie reformacji organizację kościelną w takich krajach, jak Anglia, Holandia, Irlandia, Szkocja, część krajów niemieckich, przyczyniając się w ten sposób do odrodzenia katolicyzmu, a nawet licznych konwersji, zwłaszcza w kościele anglikańskim (najsłynniejszy: kardynał Newman).

Wielokrotnie upominał się o prawa polskich katolików, bronił racji powstańców styczniowych (w 1867 r., w czasie największych prześladowań katolików, zwłaszcza unitów w zaborze rosyjskim, ogłosił w całym kościele modły za Polskę, a posła carskiego, który porównał powstanie styczniowe do socjalistycznych rewolucji wyrzucił z Rzymu).

Kanonizował Jozafata Kuncewicza i beatyfikował Andrzeja Bobolę, dając katolikom na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej nowych orędowników w niebie.

Podobne znaczenie miała kanonizacja męczenników japońskich z XVI w.

Upominał się o prawa Irlandczyków, wspierał ich finansowo w czasie klęski głodu i protestował przeciwko straszliwemu wyzyskowi ze strony Anglików.

Do historii przeszedł jako ten, który ogłosił dogmaty o Niepokalanym Poczęciu NMP oraz o nieomylności papieża w sprawach wiary i moralności, kiedy przemawia ex catedra.

Rozbudował też Kościół katolicki w Nowym Świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Australii, co nie było bez znaczenia wobec rosnącej fali emigracji zarobkowej z wielu krajów Europy.

Pozostawił swojemu następcy, Leonowi XIII, jasno wytyczony kierunek pracy Kościoła na kolejne lata, i co nie jest bez znaczenia, znaczną nadwyżkę w kasie (jego poprzednik, Grzegorz XVI, żeby zebrać wojsko do walki z wystąpieniami karbonariuszy w 1830/ 1831 r. musiał zaciągnąć u paryskiego Rotszylda pożyczkę na 65%).

 

                    Epilog II

 

Kilka dni po wkroczeniu do Rzymu wojsk gen. Cadorna, na Placu św. Piotra odbyło się uroczyste pożegnanie wojsk, broniących Rzymu. Każdy żołnierz otrzymał osobiste błogosławieństwo, dyplom honorowy i świadectwo służby dla pragnących dalej pozostać w wojsku. Niemal wszyscy żołnierze francuscy natychmiast pośpieszyli na ratunek swojej ojczyźnie, a pułkownik de Charette, awansowany do stopnia generała, stanął na czele tworzonego w większości z dawnych żuawów papieskich Legionu Ochotników Wschodu, który bohatersko walczył w różnych bitwach pod sztandarem z wizerunkiem Najświętszego Serca Jezusowego.

Reszta żuawów, zabrawszy ze sobą fragmenty sztandaru, który prowadził ich do niejednej bitwy, wróciła do swoich domów.

Polacy mogli  osiedlić się tylko w Galicji. Zabór pruski i rosyjski zatrzasnął przed nimi drzwi.

    Poświęćmy tej garstce najwierniejszych jeszcze trochę uwagi.

Najsłynniejszym spośród polskich żuawów był niewątpliwie Edward Raczyński. Urodził się w 1847 roku w rodzinie znanego w Wielkopolsce dziwaka i oryginała, a zarazem działacza politycznego, jednego z organizatorów Wiosny Ludów w Poznańskiem, opiekuna polskiego dziedzictwa kulturalnego i naukowego (Biblioteka Raczyńskich), hrabiego Rogera Raczyńskiego z Rogalina. Był owocem burzliwego romansu ojca z księżną Zenaidą z Hołyńskich Lubomirską.

Aby uchronić syna od piętna bastarda, Roger ożenił się z Marią Gottschall, która uznała dziecko za swoje, ale nigdy się nim nie zajmowała (małżeństwo było „papierowe”). Wychowaniem i kształceniem niezwykle wrażliwego i zdolnego chłopca zajął się sam ojciec. Kiedyś założył się z przyjacielem, że Edward, nim skończy 6 lat, będzie znał na pamięć De bello galico Cezara, oczywiście w oryginale. Zakład wygrał.

Nauka języków i kultury starożytnej była podstawą w tej domowej edukacji. Nic dziwnego, że chłopiec wkrótce poznał całą niemal literaturę klasyczną, dzięki francuskim wydaniom, gdzie obok siebie podawano tekst po grecku, łacinie i francusku. Roger nie bawił się w żmudną analizę gramatyki, tylko wykorzystał naturalną zdolność lingwistyczną i świetną pamięć syna, który w ten sposób, metodą Champolliona, poznawał od razu różne języki.

Obaj, ojciec i syn mówili kilkoma językami bez akcentu i pisali bez błędów.

Poza nauką chłopiec miał dużo wolnego czasu, który spędzał często z dziećmi okolicznych chłopów, łowiąc raki, albo jeżdżąc konno „na oklep”, metodą koczowników.

Kiedy w Królestwie wybuchło powstanie styczniowe, niespełna16- letni Edward uciekł z domu, żeby zaciągnąć się do jakiegoś partyzanckiego oddziału. Był to skutek pasji wojennej, jaką niechcący rozbudził w nim ojciec, urządzając w okolicach Rogalina regularne bitwy z udziałem miejscowych wyrostków, niekiedy nawet kilkuset. Amunicją były ziemniaki, a walka toczyła się z całą bezwzględnością, gdyż wszyscy mieli równe prawa i żadnych przywilejów. W jednej z takich bitew Edward został trafiony tak nieszczęśliwie w oko, że na starość całkowicie na nie oślepł.

Młody hrabicz, ruszając do powstania, miał ze sobą konia i pistolety, ale udało mu się dotrzeć zaledwie do Poznania, bo ojcowski pościg okazał się nad wyraz skuteczny.

W kwietniu 1863 r., żeby uchronić syna przed podobnymi zamiarami, Roger zabiera chłopca do Paryża (sam prawdopodobnie zajmował się w tym czasie zakupem broni dla powstańców). Zimą wraz z Edwardem i drugą żoną, Konstancją, wyjeżdżają do Włoch, gdzie zwiedzają m. in. Florencję. Z początkiem 1864 r. Roger wraca do Paryża, gdzie niespodziewanie umiera, osierocając 16- letniego syna. Opiekunem chłopca zostaje Kajetan Morawski, który wyprawia Edwarda do Wrocławia dla zdania matury. Przygotowuje go do tego młody guwerner, Stefan Pawlicki. W zaborze rosyjskim dogorywa właśnie powstanie, a Edward zamiast uczyć się do matury postanawia własną krwią zasłużyć się Ojczyźnie. Ucieka więc po raz drugi, tym razem do kozackiego pułku Sadyka Paszy Czaykowskiego.

Guwerner zauważył jego ucieczkę ponoć dopiero po trzech dniach (niektórzy twierdzili, że po trzech tygodniach).

Zanim Kajetan Morawski drogami dyplomatycznymi zdołał sprowadzić niesfornego chłopca do kraju, zdążył on zakosztować niewygód kozaczego życia w Turcji. Po latach opowiadał swoim dzieciom, że kozacy Czaykowskiego jeździli wyłącznie na ogierach i że byli niemal dosłownie zjadani przez pchły. Przeżył też cudem epidemię cholery.

Kiedy po kilku miesiącach powrócił do Wrocławia, zdał maturę i jako sierota został przed terminem upełnoletniony (w wieku 18 a nie 21 lat).

Był sam na świecie, zamiłowania do gospodarowania na roli za grosz, za to bujną wyobraźnię i młodzieńczą fantazję. Kiedy więc w Poznańskie dotarła wiadomość, że wojska Garibaldiego po raz kolejny zagrażają Państwu Kościelnemu, niewiele się namyślając, pod koniec lata 1867 roku wyjechał do Rzymu i zaciągnął się do żuawów papieskich.

Zdążył akurat, żeby wziąć udział w bitwie pod Mentaną. Właściwie jako świeży rekrut nie miał prawa brać udziału w walce, ale wraz z dwoma kolegami Francuzami na kolanach uprosili pułkownika de Charette, aby pozwolił im dołączyć do ruszających w pole żuawów.

Z całej trójki tylko Edward, cudem niemal, został przy życiu.

Ciężko ranny w ataku na jedno ze wzgórz (przestrzał na wylot przez klatkę piersiową), dopiero po dwóch dniach został zabrany z pola bitwy i zawieziony do szpitala w Rzymie. Tam zaopiekowała się nim krewna, księżna Odescalchi, z domu Branicka, rodzona ciotka jego przyszłej ukochanej żony, Róży z Potockich 1.voto Krasińskiej.

Księżna zabrała młodego rodaka, którego stan uchodził za beznadziejny, do swojego pałacu, gdzie troskliwa opieka przywróciła go do świata żywych tak skutecznie, że z całą energią i radością 20- letniej duszy rzucił się w wir zabaw karnawałowych AD 1868.

Jak wspominał po latach, był to najradośniejszy okres w jego życiu, a karnawał rzymski w czasach Piusa IX nie miał sobie równych. Zwłaszcza dla młodego, przystojnego żuawa, okrytego sławą bohatera spod Mentany.

Po upadku Państwa Kościelnego młody Raczyński wyjechał do Paryża, gdzie po raz kolejny dała o sobie znać awanturnicza natura. Postanowił mianowicie spróbować szczęścia we francuskich Indochinach, przy hodowli jedwabników i produkcji jedwabiu. Znalazł się wspólnik o nazwisku Barbier, który zakontraktowanym statkiem, z potrzebnymi maszynami i większością osobistych rzeczy młodego Raczyńskiego, popłynął pierwszy, aby przygotować „rozruch” firmy.

W bagażu osobistym, wysłanym wraz z owym Barbier znalazł się też mundur żuawa papieskiego.

Wspólnik okazał się niestety oszustem, utopiony majątek nie do odzyskania, a w mundurze żuawa paradował ponoć nieraz król Kambodży, Norodom I.

Nie zniechęciło to Edwarda Raczyńskiego do szukania szczęścia w dalekich krajach. Tym razem, wraz z przyjacielem, Karolem Vattier, starszym o kilka lat inżynierem górniczym, wyruszyli do Chile , aby wznowić wydobycie w starej, nikomu nie znanej  indiańskiej kopalni złota, porzuconej w XVII wieku, po wkroczeniu Hiszpanów. Miała się ona znajdować wysoko w Andach, dokąd z Valparaiso można było dotrzeć tylko na mułach. Na miejscu największym problemem okazał się brak wody, którą za ciężkie pieniądze sprowadzano z daleka, w takich ilościach, że często nie starczało nawet na mycie.

Po czterech latach, kiedy żyła złota nie dawała spodziewanych efektów, postanowił Raczyński wrócić do kraju i osiąść w Krakowie.

Miał jeszcze w swojej karierze wojskowej krótki epizod walki z Prusakami w 1871 r. jako Ochotnik Wschodu pod gen. de Charette, dawnym dowódcą spod Mentany.

Jego wielką, odwzajemnioną miłością była kuzynka, Róża Potocka z Krzeszowic, kobieta naprawdę niezwykła, która pomoże mu uratować rodzinny majątek, uporządkować sprawy finansowe, a także wychować gromadkę dzieci z ich poprzednich małżeństw,

Tak się bowiem złożyło, że zanim los pozwolił im połączyć się węzłem małżeńskim i dochować wspólnych dzieci (2 synów), każde z nich miało już za sobą zakończone wdowieństwem nieudane małżeństwa z dziećmi Zygmunta Krasińskiego, który w 1848, razem z Cyprianem Kamilem Norwidem, należał do obrońców Piusa IX przed tłuszczą Garibaldiego.

Ale to już zupełnie inna historia.

      Warto jeszcze wspomnieć jednego Polaka w armii papieskiej, pochodzącego z Galicji kapitana Juliusza Bongersa, który przybył do Rzymu w 1859 r. i jako prosty żołnierz tak dzielnie walczył pod Castelfidardo i w Anconie, że gen. La Moriciere awansował go na oficera.

Kiedy po klęsce 1860 roku część wojsk papieskich została rozpuszczona, Bongers sformował niewielki oddział uzbrojony w kosy i na własną rękę prowadził walkę partyzancką z bojówkami piemonckimi. Wkrótce zyskał zasłużoną sławę dzielnego watażki, skutecznie tępiącego bandy wroga. Po pewnym czasie, zaopatrzony w zdobyczne, niewielkie armatki budził popłoch garybaldczyków, zatrzymujących się na odpoczynek w przygranicznych miasteczkach. Wreszcie, wskutek interwencji rządu piemonckiego i francuskiego u kardynała Antonellego, na jego osobistą prośbę, zaniechał partyzantki, broń schował w skałach i wrócił do Rzymu.

Podczas wojny 1867 r. wydobył ją z ukrycia i używał w walce.

Kosy, jako ciekawostka zostały złożone w rzymskim arsenale, a Pius IX nie mógł się nadziwić, cóż to za straszny rodzaj broni.

Bongers dosłużył się ostatecznie stopnia kapitana karabinierów, ale o jego dalszych losach po 20 września 1870 roku nic nie wiadomo.

Natomiast Adam Morawski, najdłużej żyjący żuaw papieski zmarł w swoim majątku Marcinkowice w 1941 roku, w wieku prawie 99 lat.

I na tym można by zakończyć naszą opowieść. By była ona pełna, należy zadać jedno pytanie i opuścić kurtynę.

Pytanie to brzmi: dlaczego Republika San Marino nie została nigdy włączona do państwa włoskiego?

Odpowiedź, że stało się tak dlatego, iż dała w 1849 r. schronienie Garibaldiemu można niewątpliwie między bajki włożyć.

Jak było naprawdę? Myślę, że nie tylko Pan Bóg wie...

 

 

 

 

 

 

Literatura:

Adam Morawski,  Rycerze Krzyż w XIX i XX wieku, Lwów 1903

Józef Sebastian Pelczar, Pius IX i jego pontyfikat na tle dziejów Kościoła w XIX wieku,

t. 1-3, Przemyśl 1908

Edward Raczyński, Pani Róża (...), Londyn 1969

Jacques Melchior Villefranche, Pius IX, dzieje, życie, epoka, Warszawa 2001



tagi: pius ix  garibaldi  kościół  żuawi  risorgimento 

jolanta-gancarz
15 maja 2017 09:05
25     1306    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
parasolnikov @jolanta-gancarz
17 maja 2017 04:39

Jak dla mnie najlepszy Tekst jak dotąd, strasznie smutne, ża "nasi" (sic) wybrali Napoleona a nie Ojca Świętego, pozwolę sobie wrzucić wątek muzyczny z wydażeń poprzedzających.

 
zaloguj się by móc komentować

Tenerka @jolanta-gancarz
17 maja 2017 10:43

Fantastycznya lektura!  Wzruszające losy w strasznych czasach. Polska krew lala się obficie, co smutne, po obu stronach. Ukłony dla autorki. 

zaloguj się by móc komentować

bolek @jolanta-gancarz
17 maja 2017 11:02

Genialna historia :)

zaloguj się by móc komentować

Czepiak1966 @jolanta-gancarz
17 maja 2017 15:26

Dziękuję Pani Jolanto.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @parasolnikov 17 maja 2017 04:39
17 maja 2017 18:05

Moja pycha została przed chwilą ukarana! Zaczęłam od przechwałki, że udało mi się zalogować od razu, a potem, po napisaniu długiej odpowiedzi historyczno - filozoficznej (he, he...), coś nacisnęłam i wszystko wyleciało w kosmos! Nie wiem, czy można to było jakoś uratować, bo funkcji: edycja: cofnij nie widzę. Więc zanim znowu coś zepsuję, już krótko i bez "popisów elokwencji";-))).

Bardzo dziękuję za uznanie i piękny wątek muzyczny. Tekst jest chyba sprzed ponad roku, Gabriel sam go wybrał do pierwszego Blogowiska, więc tym bardziej cieszę się, że się podoba.

Też nad tym boleję, że tak wielu naszych dało się oszukać TemuKtóryNieOmijaŻadnejOkazji i stanęło po złej stronie barykady, o czym pewnie się "Po Tamtej Stronie" przekonali. Ale było już za późno. Oby to miejsce stało się dla następców takim memento, ostrzegającym w porę przed błędnymi wyborami.

Betacol i Onyx zdaje się już nad tym ostro pracują;-). Nie mówiąc o Gabrielu.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @Tenerka 17 maja 2017 10:43
17 maja 2017 18:07

Bardzo dziękuję. Musimy pamiętać, że nie tylko w czasie II wojny Polacy przelewali krew w walkach O Anconę czy Bolonię.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @bolek 17 maja 2017 11:02
17 maja 2017 18:07

Samo życie ją napisało. Ja tylko zdałam relację po latch.

zaloguj się by móc komentować


parasolnikov @jolanta-gancarz 17 maja 2017 18:05
17 maja 2017 20:09

Widziałem gdzieś kiedyś przycisk cofania w tym edytorze muszę zbadać temat :)
w każdym razie można cofać zmiany skrutem klawiszowym ctrl+c albo w menu przeglądarki...
 

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @parasolnikov 17 maja 2017 20:09
17 maja 2017 20:23

ctrl+z oczywiście tamto tam to kopiowanie głupi nawyk :)

zaloguj się by móc komentować

Czepiak1966 @parasolnikov 17 maja 2017 20:23
17 maja 2017 21:06

"ctrl+z oczywiście tamto tam to kopiowanie głupi nawyk :)"

Nie jest ten zwyczaj taki głupi, gdyby zawsze go Pan stosował i nie pisał czasem od siebie to nie byłoby takich wpisów:

1. "Widziałem gdzieś kiedyś przycisk cofania w tym edytorze muszę zbadać temat :)
w każdym razie można cofać zmiany skrutem klawiszowym ctrl+c albo w menu przeglądarki..."

Chodzi o "skrut".

2. "Jak dla mnie najlepszy Tekst jak dotąd, strasznie smutne, ża "nasi" (sic) wybrali Napoleona a nie Ojca Świętego, pozwolę sobie wrzucić wątek muzyczny z wydażeń poprzedzających."

Chodzi o

a) "(sic)" - zawsze piszemy "sic!"

b) "wydażenia".

Taki jestem. Z Czepiakowa. I zawsze będę się czepiał. Ale lubię Pana.

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @Czepiak1966 17 maja 2017 21:06
17 maja 2017 21:09

Wiem, wiem ... :)
Te inne to trudna sprawa, ale nad tym "skrutem" się zastanowiłem i uznałem, że autokorekta by świeciła, ciekawe czemu nie działa ...

zaloguj się by móc komentować

OdysSynLaertesa @jolanta-gancarz
19 maja 2017 11:55

Nie dziwię się gospodarzowi że zaczął nowe miejsce od tego wpisu... On tu powinien pozostać przyklejony "na czole" żeby każdy "musiał" go przeczytać zanim weźmie się za resztę.

Z podziękowaniem zostawiam fragment listu x. Hieronima Kajsiewicza (do braci xięży grzesznie spiskujących)

"...jedność dobra i cenna wtenczas gdy prawdziwa, to jest, kiedy ją osiągnąć można bez poświęcenia prawdy i sprawiedliwości, inaczej jedność jest tylko pozorna i czasowa. Chrystus Pan, który przede wszystkim przyniósł pokój na ziemię, powiedział także, że nie przyniósł pokój, jedno miecz, to jest, iż pokój jak jedność prawdziwą wywalczyć zwykle potrzeba. I wobec rządu jedność wtenczas coś znaczy, kiedy prawdziwa, sztuczna nic nie pomoże. A co do Europy, nie może ona w stanie gwałtownym będącym wymawiać niejedności, gdy we własnym jej łonie, wre wszędzie walka między stronnictwem przewrotu społecznego a częścią zachowawczą, czyli ostatecznie pomiędzy bezbożnością uorganizowaną w tajne towarzystwa, a widzialną hierarchią Kościoła katolickiego...

...Od podziału kraju naszego, rozżaleni grzechem rewolucyjnych monarchów, rzuciliśmy się w objęcia bezbożnej rewolucyi ludowej francuzkiej, która ze swej strony dobrodusznemu królowi ścięła była głowę. Odtąd wszelka oppozycya u nas popłatna, wszelka rewolucya (zachowująca dawne u Polaków znaczenie, zmiany w stosunkach państw) pełna dla nas uroku. Polak umiarkowany, zachowawczy w domu, rewolucyjny za granicą i w polityce. Dla siebie marzy majorat angielski, za granicą brata się z Prudhonem. Arystokratki nasze z rodu nawyknień i przekonań, popisywały się czerwoną bluzą, szczęśliwe i pyszne, gdy dostały wizerunek Garibaldiego. Czy podobna, aby kłamstwo takie trwało długo bez szkody? Czy podobna, by zasady podziwiane u obcych nie przyjęły się w domu? Nic nie podobna. Jest logika nieubłagana, jest Nemezis społeczna. Wyobrażenia zachodnio rewolucyjne, przewiane bezbożnością, musiały wpaść całą siłą do Polski, w której nie znajdowały oporu, albo słaby i pokątny tylko...

...W Piemoncie nastąpiło obłudne małżeństwo (eonnubio) odwiecznej ambicyi militarnej monarchii piemonckiej, rozszerzania się we Włoszech z karbonarsko-wolnomularską ideą Mazziniego jedności absolutnej Włoch, nigdy przedtem nie zcentralizowanych, historycznie, jeograficznie i duchowo, tylko federacyjnie. Polacy w te pędy znaleźli wzór pogodzenia wszystkich stronnictw i wywalczenia całości kraju, porównali jedność swoją historycznie stopniowo wykształconą, a gwałtownie rozdartą z podbojem piemonckim, przekupstwem i sztyletem podpieranym. Sympatie wszystkie co niekatolickie dla Piemontu, sympatie Rossyi i Prus, nie ostrzegły was, że tu sprawa rewolucyi gwałtu i jedności plemiennej, jaką by była u nas cała słowiańska a nie narodowa. Że stronnictwo gwałtowne tak utrzymywało, że dziennikarstwo niekatolickie, (mniej więcej u nas jak gdzie indziej zależne od towarzystw tajnych) tak głosiło, że rzesza niecierpliwa ciężkiego jarzma temu wierzyła, to rzecz prosta, ale że wy bracia hołdownicy praw historycznych, zwolennicy walki moralnej i legalnej na toście przystali, to i błąd i grzech ciężki. Bóg sam w miłosierdziu swojem wielkiem, wam zachowawcom a nie mogącym się oprzeć na rządzie obcym, podawał jedyny najszczęśliwszy środek stanięcia  przy najwyższym, najczystszym, jedynym dziś wyobrazicielu prawdziwego konserwatyzmu praw historycznych, przy papieżu, od chwili szczególniej, gdy rozbój piemoncki doszedł do granic jego bezbronnego państewka: a wyście tej chwili opatrznej nie pojęli i nie pochwycili. Kiedyście pisali on piękny adres, a raczej skargę i protestacyą do cesarza, należało spółcześnie napisać drugą do Ojca św. który ma od Boga w składzie źródło wszelkiej władzy, którego przodkowie jedyni protestowali przeciwko rozszarpaniu waszej Ojczyzny, który choć od was widocznie opuszczony, dwa razy on jeden odezwał się do was, ze słowem otuchy i pociechy. O ileżby więcej uczynił, gdyby widział naród cały szczerze katolicki do niego w nieszczęściu jego i słabości przemocniej z ufnością garnący się miłośnie. O! Bracia chcieliście bronić podań prawa zgwałconego, walczyć bronią moralną, bronią ducha, więc odwieczną bronią kościoła, a poświęciliście naturalnego waszego naczelnika i opiekuna dla zdobywcy, który w ciemięzcach waszych szukał i znalazł sprzymierzeńców.

Gdybyście to byli w czas uczynili, oddzielilibyście się byli stanowczo i zaszczytnie od stronnictwa skrajnego jeszcze słabego. Bylibyście stanęli silnie wobec rządów zaborczych, przyciągnęlibyście najskuteczniej lud do siebie, który tysiącami na jednego szlachcica walczył w szeregach papieskich, i dziś bieży o żebranym chlebie wypłakać się u stóp Ojca św., podczas gdy z waszych ledwo kilka osób (i to zwykle kobiety) trwają przy krzyżu papieskim. Gdybyście byli to wczas uczynili, massa chwiejąca się po miastach, przy was by została. Z wami by trzymała hierarchia kościelna, niebaczni młodzi xięża nie byliby się poddali komitetowi centralnemu, i ten komitet nie wzywałby was dzisiaj do współki tj. do poddania się.

Ostrzegano was o tem na czas, błagano, (wprawdzie byli to xięża i rzadki świecki), nie posłuchaliście, dziś musicie znosić bolesne następstwa. W domu musieliście i musicie do reszty oddzielić się od stronnictwa gwałtownego, jakkolwiek późno i niekorzystnie, albo zostaniecie pochłoniętemi, jak we Włoszech sekciarski Mazzinizm pochłonie organizacyą wojskowo administracyjną podbójczego Piemontu. Jesteście osłabieni, bo nie macie podstawy, bo nie macie zasady. Trudno długo utrzymać się na pochyłości stromej, na której stoicie, skacząc w prawo i w lewo z góry i na dół. Na zewnątrz, jak skoro przyklaskiwaliście rozbojom piemonckim we Włoszech, musicie cierpieć podobne u siebie, ubarwione także frazeologią liberalną i postępową, bo u Boga dwóch wag i dwóch miar nie ma, i nie czyń drugiemu co tobie niemiło. Przyklaskiwaliście jedności włoskiej siłą  przeprowadzanej, żartowaliście z małych narodowości podpieranych przez szlachtę i Xięży, wytrzymajcież parcie wielkiej jedności Rossyjsko-Słowiańskiej i pod formą państwa i pod formą rzeczypospolitej, w którejbyście koniecznie rozpłynęli się..." 

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @OdysSynLaertesa 19 maja 2017 11:55
19 maja 2017 12:02

Dzięki, mam ten list zawsze na podorędziu jak "prawdzi patrioci" będący jednocześnie "prawdziwymi katolikami" narzekają, ze episkopat nie przyłącza sie do rewolucyji.

zaloguj się by móc komentować

OdysSynLaertesa @OdysSynLaertesa 19 maja 2017 11:55
19 maja 2017 12:22

Jeszcze obrazek na okoliczność 

Artur Grottger - Wojna X. Świętokradztwo

zaloguj się by móc komentować

OdysSynLaertesa @parasolnikov 19 maja 2017 12:02
19 maja 2017 12:24

Amen... Ktoś kiedyś wrzucił do niego link na "starym" coryllusie... I ja od tamtej pory się z nim nie rozstaję. Jest okazja przypomnieć

zaloguj się by móc komentować


parasolnikov @jolanta-gancarz 19 maja 2017 13:31
19 maja 2017 13:35

Już to mam sprawdzone przy pierwszej aktualizacji dodam te przyciski cofnij dalej :)

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @OdysSynLaertesa 19 maja 2017 11:55
19 maja 2017 13:56

Wielkie dzięki za ten wspaniały list. Jakże wymowny, także wobec dzisiejszej notki Gospodarza!

Na pociechę pozostaje nam nadzieja, że po tych wszystkich rewolucyjnych uniesieniach w imię "waszej i naszej wolności", które szybko okazywały się nie tylko zdradą najświętszych zasad, ale także objawem naiwności, skutkującej realizacją interesów nie tylko nam obcych, ale wręcz wrogich, wreszcie większość rodaków, zwłaszcza za granicą, w Kościele szuka nadziei. I staje się podporą tych tak znienawidzonych wartości konserwatywnych, wypływających przecież wprost z Dekalogu i przykazania Miłości Boga i bliźniego. Może więc po raz pierwszy od XVI wieku złym prorokiem okaże się Jan z Czarnolasu, ze swoją tak popularną frazą:

(...) Nową przypowieść Polak sobie kupi,

      Że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

 

zaloguj się by móc komentować


OdysSynLaertesa @jolanta-gancarz 19 maja 2017 13:56
19 maja 2017 14:56

Oby się tak stało...

Dlatego tak ważne jest odkłamywanie fałszywych legend "zrywów niepodległościowych", a przypominanie czynów dobrych. Używanie do dziś obu terminów w jeenym zdaniu przez ludzi wykształconych i wpływowych ("z misją narodową" na ustach), wobec pewnych "znanych i lubianych" wydarzeń z naszej historii to jakaś kpina i ponury koszmar.

Bez odkłamania tego rytuału nie ma nawet co myśleć o masowym nawróceniu. Dlatego tak ważne jest to co Państwo ze Szkoły Nawigatorów robicie.

Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @OdysSynLaertesa 19 maja 2017 14:56
19 maja 2017 19:16

Największa w tym odkłamywaniu jest zasługa Coryllusa, który będąc osobowością o potężnej sile grawitacji, przyciaga ludzi, szukających prawdy o rzeczywistości, także tej minionej. I stwarza dla nich platformy działania, w postaci swojego bloga, gdzie każdy może w komentarzu swoją cegiełkę do tej misji dołożyć, czy tego blogowiska, gdzie nawet własny tekst można wrzucać, czasem w tempie ckm-u. Co jest z mojej strony wyrazem podziwu, a nie złośliwości. I znów każdy może swoje zdanie wyrazić, dorzucić nowe informacje (jak Pan, wklejając ten fragment listu ks. Kajsiewicza), albo twórczo skrytykować;-).

No, a przecież jest jeszcze Szkoła Nawigatorów i przede wszystkim książki Gabriela, które każdemu z nas otwierały oczy na wiele spraw i prostowały "kręgosłupy ideologiczne". Można powiedzieć, że to jest dopiero prawdziwy Wielki Projekt, nawet jeśli nie ma w nazwie "Polska". To się toczy jak lawina i z każdą chwilą nabiera siły i rozpędu, niszcząc przeszkody na drodze i zmiatając nieostrożnych gapiów;-)

A że czasem Coryllus stosuje cięcia po skrzydłach, albo rózeczką bydełko zagania? To tylko dla dobra Sprawy. I czystości doktryny, która się powoli wykluwa. My zaś, mam nadzieję, będziemy mogli kiedyś, za św. Pawłem powiedzieć: "w dobrych zawodach wystąpiłem...". Bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że sam Pan Bóg to dzieło wspiera i jego uczestników swoją drogą prowadzi.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @jolanta-gancarz
21 maja 2017 17:41

Tekst wdechowy, dech zapiera.

"Rewolucya to, jak niegdyś islamizm, zagraża dziś Europie, a dziś, jak ongi, sprawa Papieża jest sprawą cywilizacji i wolności na świecie.

Słowa te nic nie straciły na aktualności, możnaby tylko islamizm traktować zamiennie z rewolucją. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @jolanta-gancarz
21 maja 2017 20:45

Dokładniej islamizm potraktować jako podplik pliku rewolucja. No i klik po kliku.

Piszesz nieoceniona Tropicielko, że "strumień pieniędzy płynął, nie wiedzieć czemy, z Londynu".

Jak to nie wiedzieć? Wiedzieć, wiedzieć. Inwestycja w utrącenie konkurencji religijnej, bo kult Judas' Priests nie miał szansy wobec powolnej ale niepowstrzymanej odrodzenia-inwazji Kościoła. Emancypacja katoli i Kard. Newman mógły się okazać zaraźliwy czynnikami. Trzeba było wymyśleć literaturę wiktoriańską, pierwszego katolożercy Dickensa, Hardy'ego Lorda Tennysona, Wellsa, Kiplinga, Lawerence'a i Conrada, bo te wcześniejsze popisy już nie spełniały funkcji, a oni wszyscy byli w cieniu wielkiej włoskiej Hańby Domowej. Nie daj anglikański boże, jeszcze ktoś spisałby jakiś epos. A zamiast tego, jako siódmą wodę po skwaszonym kisielu, sto 150 lat później Eco spisał swojego pornosa "Cmentarz w Pradze" jako ściemę ściemniającą cały obraz epoki. Kurcze, czemu taki Malachy Martin na ten przykład nie wziął się za tę historię?

Gdyby zostało Państwo Kościelne, to było ryzyko nie tylko kokurencji religijnej, ale i odrodzenia usług finansowych Kościelnych, konkurencji dla City. Żuawi papiescy to przecież nowi Templariusze i jak nic zaraz zabraliby się za kasę. Czyli Piemont wraz z Imperium stworzyli sami sobie spiralę potencjalnych zagrożeń dla swojej ekspansji. Jakie "szczęście," że już było po rewolucji francuskiej, inaczej żuawi i armia papieska mogli mieć znacznie więcej ochotników. 

Piusowi IX należy się kanonizacja za proroczą strategię. Jego żuawi wywalczyli ten niezbędny margines swobody dla Nauczania Kościoła, dla działalności encyklicznej Papieży i oddech przed kolejnymi prześladowaniami. Gdyby nie żuawi, śmiem twierdzić, Rzym zostałby rozniesiony w proch i pył, albo poważnie złupiony, życie Papieża i pupuratów watykańskich mogłoby być zagrożone. Imperium albowiem liczy się z czynnikiem tzw. opinii publicznej. Trzeba ją zmanipulować, żeby owieczki same wchodziły w paszcze. Ale póki są jeszcze czarne brykające baranki, jak de Merode, de Moriciere, Raczyński, Courten, Piotrowski et alteres, mają za dużo kasy i za za dużo koneksji, za dużo siły, nie tylko żeby stawić czoło wyzwolicielom Włoch, ale i nadto żeby zrobić złą opinię Garibaldowi i Angolom. Nie można jeszcze zrównać Watykanu z zimią ani nabić Papieża na pal, bo na Angoli, Cavoura, Garibalda, i Emmanuela rzuci się konkurencja. Trzeba rozmiękczyć mózgi Europeujczykom, np. przez katolickich antysemitów finansowanych z city, co jak widzimy już się dokonało. Nawet w Polszcze, choć Kościół i zdrowy rozsądek się jakoś trzymają, mamy całe morze manipulacji i biedy umysłowej.

W sumie zjednoczenie Włoch to poligon rewolucji światowej.

Zaś na Emmanuelu i jego rodzinie los okrutnie się zemścił. Nie tylko został zastrzelony jego syn Humbert, ale i jego wnuk Wiktor Emmanuel został utrącony przez tych samych Angoli w niby wolnych wyborach po II wojnie, w istocie wygrał chyba w Neapolu czy Turynie, ale na życzenie Stalina, faktyczne wyniki wyborów nie przeszły, wybuchły nawet zamieszki na tym tle, alianci strzelali do protestujących. Mackiewicz gęsto o tym pisał w Faktach, przyrodzie, ludziach.  

 

 

zaloguj się by móc komentować

onyx @jolanta-gancarz 17 maja 2017 18:05
22 maja 2017 20:31

Tekst wstrząsający. My tu wszyscy w miarę swoich możliwości znosimy kamienie by wał wokół góry układać bo woda podmywa stoki.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować